PoradnikPR.info

PoradnikPR.info

Poradnik pedagogiczno - resocjalizacyjny

 
 
 
 

Antypedagogika

Co znaczy dziś wychowanie? Z jednej strony mamy do czynienia z liberalizacją zachowań dzieci, wyrażającą się swobodą, spontanicznością, radością życia i potrzebą ich realizacji, z drugiej zaś strony pojawiają się niepokojące społeczeństwo doniesienia o wzmagających się u dzieci postawach agresji i przemocy wobec samych siebie i dorosłych.
Przeciwstawia się temu,,stanowisko antypedagogiczne”. Które otwarcie i agresywnie opowiada się za całkowitą rezygnacją z roszczeń wychowywania innych, ujawniając tym samym nędzę pedagogiki. Lawrence Kolberg i Rochelle Mayer wymieniają trzy podstawowe prądy, wykazujące kulturową ciągłość: romantyzm, transmisję kulturową i progresywizm. Co to jest antypedagogika? W żadnym z nich nie mieści się najnowszy nurt myśli i praktyki edukacyjnej o dość prowokacyjnej nazwie antypedagogika, choć najbliżej mu w swoich przesłankach do romantyzmu. Nic dziwnego, gdyż jego twórcy i kontynuatorzy przyjęli radykalnie odmienne od pedagogicznych założenia epistemologiczne, ontologiczne i metodologiczne, dotyczące stosunków intra- i interpersonalnych wśród ludzi bez względu na ich wiek, płeć, rasę, wyznanie itp. Antypedagogika ‘odcina się’ niemal od wszystkich, nawet najbardziej postępowych teorii wychowania, co wcale nie oznacza, że nie korzysta z ich osiągnięć. W poglądach jej przedstawicieli znajdują się, bowiem elementy pedagogiki pajdocentrycznej, antyautorytarnej, adaptacyjnej, emancypacyjnej, dialogowej czy chrześcijańskiej, ale także psychoanalizy, psychopedagogiki Gestalt czy psychologii humanistycznej. W odróżnieniu od pedagogiki emancypacyjnej, antypedagogika zerwała z pojęciem i fenomenem wychowania. To właśnie idea wychowania postrzegana jest przez nią jako wróg moralności, etyki, urzeczywistnienia najważniejszych wartości w stosunkach między ludzkich przez różne generacje. Najbardziej radykalnym antypedegogom zależało na poruszeniu sumień pseudo wychowawców z perspektywy dzieci. Antypedagogika ma przecież także swój pozytywny imperatyw, na który wskazuje sam E. Braunmuhl, kiedy twierdzi, iż: wszystkie uczucia waszych dzieci, wszystkie ich oczekiwania, decyzje są prymarnie zdeterminowane przez nie same i służą poszukiwaniu ich godności. Dusza waszego dziecka, wyrażanie przez niego jego własnych uczyć i woli oraz motywy jego postępowania są dla was tabu tzn. nie wolno nam ich oceniać, wartościować, karać za to lub nagradzać. Tutaj dzieci staja się ,,potencjałem nadziei” bez konieczności dochodzenia do jego urzeczywistnienia poprzez wychowanie. Współczesna pedagogika musi się liczyć z tym, że dzieci mają już dzisiaj władzę i stają się tak dla dorosłych, jak i dla samych siebie autorytetami. Dlatego tez można mówić o tym, iż antyautorytarna pedagogika, do której częściowo zalicza się antypedagogikę, jest,pedagogiką’ minimalizującą interwencji w wewnętrzny świat dziecka.

Wspólnym i krytycznym zarazem mianownikiem antypedagogicznych rozpraw wobec tak różnych pedagogii jest zatem:

  • negacja konkretnej tradycji praktyki wychowawczej ( np. opresja, etykietowanie, mistyfikacja przeżyć, depersonalizacja, dominacja rywalizacji antagonistycznej, manipulacja itp.);
  • negacja zinstytucjonalizowanego systemu kształcenia jako źródła dehumanizacji stosunków międzyludzkich;
  • negacja idei i funkcji wychowania jako takiego;
  • negacja pedagogicznych teorii, ich postaw i rozwoju;

Antypedagodzy upatrują kryzys wychowania i nauk o wychowaniu miedzy innymi w przyjętej przez nie antropologii pedagogicznej, zgodnie z którą musi ona być podporządkowana społeczeństwu (władzy). Dzieci są rozpatrywane przez antypedegogów jako ‘więźniowie’ instytucji i doktryn edukacyjnych oraz omnipotencji państwa z racji istniejącej w nim przewagi społeczności dojrzałej, są nosicielami romantycznej idei wolności. Dla antypedagogiki podmiotowość dziecka-człowieka nie jest punktem dojścia, ale jest punktem wyjścia w stosunkach międzyludzkich. W świetle tak rozumianej postpedegogiki dziecko jest nosicielem i nauczycielem wolności, zna jej wartość z chwilą przyjścia na świat. Trzeba tylko odkryć tę osobę, suwerenna strukturę bytu, już w dniu jego narodzin i umożliwić mu ,,bycie osobą”, bycie podmiotem dominującym o sobie tak w sferze życia indywidualnego, jak i społecznego. Przyszłość ludzkości upatrują antypedagodzy w przezwyciężeniu platońsko-heglowskiego totalizmu urzeczowiającego i instrumentalizującego realnego człowieka.

Antypedagogikę jako teorię naukową można rozpatrywać z perspektywy trzech warstw:

  • opisowej,
  • hipotetycznej,
  • i metateoretycznej.

W warstwie opisowej znajdują się mniej lub bardziej ogólne opisy obserwowanych zjawisk i procesów obserwacyjnych oraz zachodzących między nimi zależnościami (prawidłowości).

W warstwie hipotetycznej zawierają się kategorie wyjaśnień badanych zjawisk i problemów za pomocą modelu dedukcyjnego, abstrakcyjnego lub modelu konkretnego (indukcyjnego, funkcjonalnego lub historycznego). W warstwie zaś metateorii szczegółowej znajdują się podstawowe założenia dotyczące warstwy hipotetycznej (przesłanki filozoficzne, psychologiczne, socjologiczne, polityczne itp. Podstawowych twierdzeń) i metodologia badań.

W warstwie metateoretycznej ten nowy nurt w edukacji-podobnie jak psychologia humanistyczna, ale i socjologia, nauki przyrodnicze i ścisłe-odstępuje od wiary w scjentyzm i pedagogiczny pozytywizm, od obiektywistycznego modelu uprawiania nauki.
Antypedagogika opowiada się, w ślad za psychologią humanistyczną, za konfrontowaniem wiedzy o człowieku z głębią jego natury, za respektowaniem prewerbalnych i subwerbalnych, mistycznych, archaicznych, symbolicznych, poetyckich i estetycznych aspektów jego natury. Jej model poznania rzeczywistości i transcendencji ludzkiego bytu nie lekceważy wprawdzie wiedzy eksperymentalnej, ale preferuje wiedzę zdobywaną przez miłość tzw. wiedzę taoistyczną.
Powszechnie obowiązującej w nauce wizji ewolucji człowieka, zgodnie z którą jest on produktem ewolucji przyrodniczej i społecznej, przeciwstawia się postpedagogice równie prawomocne spojrzenie na człowieka jako samodzielnie istniejący byt rzeczywisty, substancjalny, świadomy, wolny, a więc byt osobowy. Państwo jest zaś ‘zbiorem’ obywateli, tworzących sieć międzyosobowych relacji, które pomagają lub utrudniają życie każdej jednostce.
Wartość egzystencjalna każdej osoby nie może być w świetle antypedagogiki degradowana ze względu na szereg cech człowieka, będących wartościami utylitarnymi i nie może zmienić się z biegiem jego życia od stanu niskiego, kiedy głosi się, że dziecko nie jest jeszcze w pełni człowiekiem, do stanu wyższego, kiedy to twierdzi się, że jak dziecko dorośnie, to dopiero będzie korzystać z przysługujących mu praw. Antypedagogika postrzega, zatem wychowanie dziecka ze względu na przyjęcie przez wychowawcę określonych standardów rozwojowych i wzorów osobowego wzrostu jako akt przemocy, który wbrew intencjom zapobiegania złu czy też eliminowania go, intensyfikuje czynniki to zło rodzące. Wbrew ostrzeżeniom niektórych psychologów, akceptuje się wyniki badań naukowych nad dziećmi jako ostateczne i wykorzystuje je w ich kształceniu czy wychowywaniu zgodnie z patriarchalną mentalnością: Ja wiem lepiej, niż Ty, co dla Ciebie jest dobre. Chociaż idea równouprawnienia dzieci i dorosłych nie jest nowa, to fakt, że została wydobyta przez antypedagogów na światło dzienne każe upatrywać w niej nowe jakościowo zjawisko.

Termin postpedagogika wywołuje skojarzenie z powstaniem jakiejś innej ,,pedagogiki po pedagogice”. Jak wynika z prac H.V. Schoenebecka nie jest to dylemat semantyczny, lecz ontologiczno - antropologiczny. Przez postpedagogikę rozumie on taką formę kultury, w której dotychczasowym jej wzorcom post- i kofiguratywnym przeciwstawiana się wolna od wychowania praktyka i filozofia życia. Postpedagogika odstępuje od poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: Czy i dlaczego wychowanie? Jako charakterystycznej dla wszystkich dotychczasowych prądów i kierunków pedagogiki, by zastanowić się nad możliwością nie wychowania, jako równoprawną powyższej kategorią myślenia i działania. Punktem wyjścia dla niej staje się zatem pytanie - jakiego rodzaju inny sposób obcowania z drugim człowiekiem pozwala na uwolnienie się od jednostronnej czy wzajemnej konieczności wychowania?
Anty/postpedagogika wzmacnia swój punkt widzenia dziecka jako samostanowiącego bytu, odwołując się naturalistycznej koncepcji człowieka, zgodnie, z którą można by było przyznać młodej generacji te same prawa, jakie mają dorośli. Warunkiem powodzenia czyni się jednak odstąpienie od wychowywania dzieci.

,,Wierzymy w to, że musimy wychowywać - pisze H.Ostermeyer - ale to przecież jest wbrew równouprawnieniu, gdyż wychowanie stwarza nierówne prawa dla wychowawcy i dla dziecka. Wychowawcy wolno po prostu więcej. Wychowanie jest pretekstem do pozbawiania praw. Jeżeli chcemy równouprawnienia, to musimy odrzucić wychowanie. Dzięki temu dzieci staną się - z prowadzących za rękę i zniewolonych ofiar - ludźmi, którzy będą szukać odnajdują własną drogę“.

Pedagogom nie pozostaje nic innego, jak zaakceptowanie ryzyka zmian i zastanowienie się nad bezsensownością uruchamiania wobec nich oporu. Jeżeli akceptujemy stanowisko, iż edukacja nie może być terenem do sprawowania władzy, lecz obszarem wolności, to nieporozumieniem będzie przypisywanie określonej teorii edukacji - z różnych zresztą powodów - jednostronnie pejoratywnych czy pozytywnych ocen.
Antypedagogika zwróciła niewątpliwie uwagę na to, że u podstaw wychowania tkwi przekazywany z pokolenia na pokolenie jakiś ,,circulus vitiosus” przemocy i gwałtu wobec dzieci. To dzięki nim dziecko przestało być jedynie obiektem badań, jakąś obcą osobą, która przy pomocy gigantycznego programu pedagogicznego oświecenia można potraktować tak, jak czyni się z obcym narodem po kolonialnym jego podbiciu.

,,Wielu rodziców jest wzburzonych, kiedy powątpiewa się w proces wychowania, ponieważ oni wierzą, że życie z dziećmi powinna być czymś na wzór pięknego spaceru w niedziele. Nie, ono jest - żeby pozostać przy tym obrazie - ciężką wędrówką, wędrówka pełną rozczarowań, z niebiańskim widokiem, z fazą wyczerpania, z małym, prawie niedostrzegalnym spotkaniem, w czasie burzy, przy cudownym słońcu, przy lekkiej pogawędce w czasie drogi i porywczych sporach“.

Spojrzenie antypedagogiki na dzieci jako grupę mniejszościową, społeczność uciskaną i dyskryminowaną okazało się płodne poznawczo, inspirując nowy kierunek badań w naukach o socjalizacji i wychowaniu. Niewątpliwie, dzięki antypedagogice uczeni zaczęli zastanawiać się nad obowiązującymi prawami człowieka z perspektywy dziecka. Jak dotychczas przecież nigdzie nie wyjaśniano bliżej i nie sprecyzowano kategorii ,,dobro dziecka”, toteż pedagodzy, powołując się na nią, utrzymują stosunki hierarchiczne między sobą a dziećmi. Antypedagogika przeciwstawia się przy tym także pedagogizacji praw dziecka, która polega na tym, że przysługujące im prawa znajdują się jedynie sferze teleologicznej, normalnej. Współczesnym przesłaniem antypedagogiki staje się odejście od tak rozumianej funkcji prawa jako formy sterowania społeczeństwem na podstawie zbioru instrumentalnych dyrektyw. Chodzi o to, by ono stało się formą porozumiewania się podmiotów społecznych na podstawie dobrowolnie wybranych reguł komunikacji. Dzięki temu mamy dzisiaj do czynienia nie tyle z końcem wychowania, ile z końcem pedagogiki władców, strategów i lepiej wiedzących, oświeconych i pełnych ambicji dokonywania zmian osób z końcem pedagogiki pięknych sentencji. Być może pedagogika przyszłości będzie pedagogika bycia w pobliżu drugiej osoby i zarazem utrzymywania wobec niej dystansu.
Antypedagogika wychodzi z założenia, że rozwój dziecka dokonuje się w sposób naturalny, że dziecko będzie umiało dokonywać wyboru zgodnie z zasadą ,,Ja wiem lepiej, niż Ty, co jest dla mnie dobre”. Tymczasem psychologia rozwojowa stwierdza, iż rozwój dziecka wymaga stworzenia mu pewnych warunków np. pewnego oporu. Muszą zachować określone momenty napięcia i jego likwidacji, pewne momenty kryzysu czy niepowodzeń, które z kolei, żeby z nich wyjść, wymagają określonej stymulacji z zewnątrz, czyjejś ingerencji. Są takie sytuacje czy zdarzenia, w których odwoływanie się do natury i samowiedzy dziecka jest nieskuteczne, a wówczas trzeba coś w dziecku zabronić. Wówczas to dorosły lepiej wie, niż dziecko, co jest dla niego dobre.
Z punktu widzenia poszukiwania pozytywnych bodzców w antypedagogice jest usunięcie z niej tego, co może być psychologiczne, biograficzne i jakoś tam emocjonalnie dla anty pedagogów jest ważne, a mianowicie trzeba zdjąć z oferty, z prezentacji antypedagogiki tę część autoprezentacji i tożsamości, w której usiłuje upierać się przy tym, że dokonuje tego mitycznego cięcia. Nie jest prawdą, że pedagogika głosi konieczność wychowania, a antypedagogika tryumfalnie ogłasza konieczność nie-wychowania. To pedagogika stawia problem wychowania i w związku z tym konieczność czy niekonieczność wychowania jest problemem teoretycznym, zwłaszcza związanym z tym, ale jest to słuszne jedynie praktycznie, chociaż iluzorycznie teoretycznie. Ta iluzoryczność teoretyczna związana jest z tym, że ze względu na intencje praktyczne antypedagogika chce się odciąć od mitycznej ,,czarnej pedagogiki”. Antypedagogika nie może być uzasadniona i wszelka próba sugestii, że ma to miejsce jest podwójnie iluzoryczne. To znaczy nie może tego uzasadnienia podać teoretycznie, dlatego, że wchodzimy na ring, w którym zbyt wiele założeń, jest po prostu błędnych. Nie może być uzasadniona nawet wówczas, jeśli może być skuteczna. Sytuacja antypedagogiki jest podobna do sytuacji medycyny niekonwencjonalnej, a mianowicie ona może być skuteczna i wartościowa, chociaż może burzyć nasze konwencjonalne wyobrażenia o dopuszczalnym sposobie ingerowania w sytuacjach trudnych. Antypedagogika stawia pedagogikę pod ścianą zabiera pedagogom prawo nie tylko do działanie, ale nawet do istnienia praw do intencji do wychowania. Tymczasem nie ma takiego prawa w pedagogice, nikt jej takiego prawa nie dal, żeby dzieci zniewalać, przymuszać, narzucać im swoje własne wartości, bo one są lepsze. Jest tu kilka elementów ideologicznych, które wzbudzają nie tyle sprzeciw, ile niepokój. Głoszony przez antypedagogikę postulat pluralizmu nie jest wcale wolny od ideologiczności. Waśnie pluralizm sam w sobie jest ideologią, ideologią zgody równorzędność, równo cenność każdej wypowiedzi, każdej teorii, każdej ideologii. Nie oznacza to jednak, że pedagogika może się wyrzec projektu społecznego oraz projektu człowieka, że bez tego myśl społeczna czy humanistyczna nie jest pedagogikę. Pedagogika jest właśnie wrażliwością na te pytania. I gdy poważnie czytać poważnie i uważnie książki Schoenebecka, to są w nich zawarte pewne roszczenia. Spór pedagogów z antypedagogiką w jej fazie rewolucyjnej skoncentrował się na obronie własnego ,,status quo”. Potwierdzając naczelny zarzut antypedagogiki wobec pedagogiki, że ta ostanie nie jest zdolna wewnętrznej reformy czy rekonstrukcji, znoszące jawne i ukryte formy przemocy i bezprawia.
Antypedagogikia postrzegana jest jak do tej pory głównie jako zagrożenie dla pedagogiki jako nauki z jej politycznymi implikacjami, jako zamach na odwieczny porządek społeczno-kulturowy (instytucje oddziaływań pedagogicznych, środowiska z ‘ukrytymi’ założeniami pedagogicznego wpływu np. ruchu młodzieży, oświata dorosłych itp.), czy wreszcie groźba egzystencjalna ludzkości, przynajmniej tej jej części, która jest profesjonalnie zobowiązana do ‘pedagogizacji’ swoich klientów. Tak u A. Miller, jak i E. v Braunmuhla znajdziemy oprócz uzasadnionego protestu przeciwko wszelkiej pedagogice, próbę monopolizowania własnych racji i sugerowania wprost lub ,,implicite” możliwości odmiennego sposobu zapewnienia szczęśliwości ludziom bez względu na wiek ich życia. Wbrew, zatem zapewnieniom A. Miller, że nie jest jej intencją zastępowanie ,,czarnej pedagogiki” jakąś inną humanistyczną, ,,białą” pedagogiką, usiłuje ona zainteresować swoich czytelników własną perspektywą myślową w zakresie kreowania pożądanych stosunków międzypokoleniowych. Podobnie jak z poglądami E. v. Braunmuhla, który określa prawa, jakie powinny być dzieciom zagwarantowane, by społeczeństwo i środowisko ich życia nie było dla nich szkodliwe, wrogie, destruktywne. Rozumiana antypedagogika jako “biała pedagogika przeciwko czarnej pedagogice” znosiłyby mit swojej oryginalności w tym sensie, że nie zapoczątkowywałaby jakiegoś nowego typu myślenia i działania edukacyjnego. Z drugiej jednak strony jej oryginalność mogłaby wyrażać się w tym, iż byłaby to “pedagogika autentyczna, w pełni humanistyczna”. W tym momencie nie różniłaby się niczym od pedagogiki emancypacyjnej czy pedagogiki krytycznej, uprawiającej pedagogikę emancypacyjną. Cechą charakterystyczną antypedagogiki jest twórczy niepokój o losy ludzkości, który prowadzi reprezentantów tego dyskursu ku nowym terenom zainteresowań i odkryciom poziomów rzeczywistości, wykraczającej poza obowiązujące w ramach pedagogiki granice wychowania.
Nie oznacza to jednak, iż nie powinny być prowadzone między nimi dialog, jeżeli może to pomóc odkrywaniu prawidłowości czy zjawisk w interesujących je sferach życia. Nie nastąpił, zatem jeszcze koniec pedagogiki w kulturze współczesnej, ani koniec antypedagogiki. Ich studiowanie otwiera nowe możliwości zapytań, nowe sposoby odnoszenia się do świata, nowe pola eksploracji myślowej. Nowe wcale nie musi oznaczać, że jest “lepsze’, ale po prostu, że jest ‘inne”.

Antypedagogika zwraca uwagę, że w konwencjonalnej, wychowawczej relacji dziecko cierpi i nie ma dokąd uciec. Nikt nie staje po jego stronie, nikt nie uznaje jego racji, - co więcej, dorośli żądają, żeby nawet ono samo nie stało po swojej własnej stronie (tj. po stronie tego, co właśnie odczuwa). Żądają, żeby przyznało im słuszność, wyrzekło się własnego punktu widzenia i przyjęło ich pogląd.
To jest gwałt, i każdy czuje, że to jest gwałt, ale w toku „wychowania” uczy się ignorować to odczucie, tłumaczyć sobie, że nie powinien czuć tego, co czuje, bo przecież ten ktoś działa „dla mojego dobra”. Staje się bezbronny i bezkrytyczny, ponieważ ktoś działa „dla jego dobra”. Właśnie, dlatego później, kiedy sam jest dorosły, gotów jest zaakceptować stosunki, które ranią jego godność bądź niszczą jego zdrowie, gotów jest też postępować posłusznie wbrew własnemu sumieniu - o ile tylko komuś uda się go zmyślnie przekonać, że to „dla jego dobra”, że „tak będzie lepiej”. Uczucia - sygnały alarmowe - nie chronią go przed taką sytuacją, gdyż nauczył się je tłumić, aby stale dostosowywać się do cudzych oczekiwań.

WYCHOWANIE CZY ODDZIAŁYWANIE?

Właśnie tak pojęte „wychowanie” odrzucają zwolennicy antypedagogiki, w tym Hubertus von Schoenebeck: „Zgodnie z moją definicją, wychowywanie jest urzeczywistnieniem roszczenia wychowawczego, podjęciem kroków zmierzających do zrealizowania uznanych za najlepsze dla drugiej osoby celów. ‘Spowoduję albo przynajmniej spróbuję spowodować, aby zdarzyło się to, co uważam za najlepsze dla ciebie’. Tak właśnie wygląda wychowywanie. [...] Wszystkie warianty wychowawcze, nawet jeżeli zewnętrznie bardzo się od siebie różnią, mają jedną cechę wspólną: roszczenie wychowawcze, przekonanie, że wie się lepiej niż osoby wychowywane, co jest dla nich dobre - przekonanie, które próbuje się wcielić w życie” (H. von Schoenebeck: Antypedagogika. Być i wspierać zamiast wychowywać)
Twierdzenie J. Tomasiewicza, że „antypedagogika [...] możliwa byłaby tylko w warunkach totalnej izolacji dziecka od rodziców, gdyż ci przecież wychowują dziecko samym swoim przykładem” świadczy o tym, że po prostu nie zrozumiał, o co chodzi w antypedagogice. Chodzi, bowiem o odrzucenie stosunków góra-dół między rodzicami a dziećmi, a nie o brak wszelkich oddziaływań. Przeciwnie: antypedagogiczna relacja polega właśnie na (wzajemnym) oddziaływaniu, na współistnieniu, wspólnym życiu ludzi dorosłych i dzieci, gdzie dorośli stwarzają dzieciom dogodne warunki do rozwoju - do zdobycia życiowego doświadczenia i potrzebnych umiejętności, do rozwijania samodzielności, utrwalania wiary w siebie i tworzenia więzi z innymi ludźmi.
Czy antypedagogika opowiada się za „puszczeniem dzieci samopas”, bez opieki? Nic bardziej błędnego. Tej interpretacji przeczy już sam podtytuł książki Hubertusa von Schoenebecka: „Być i wspierać, zamiast wychowywać”. W tym streszcza się cała istota postawy antypedagogicznej wobec dziecka. Wspierać - i być obecnym. Być uważnym. Pozostawienie dziecku prawa do własnego zdania i własnych decyzji nie jest równoważne z „puszczeniem samopas”, „na ulicę”. Nie chodzi o „nieobchodzenie” - chodzi o szanowanie podmiotowości dziecka, traktowanie go jak odrębną istotę zdolną do samostanowienia (ale nie obojętną nam!). Rolą rodziców - i innych dorosłych ważnych w życiu dziecka - jest je wspierać, jednocześnie szanując jego suwerenność jako pełnowartościowej istoty ludzkiej. Służyć mu doświadczeniem i pomocą - a nie odmawiać mu prawa do podejmowania własnych decyzji i tworzenia własnego poglądu na świat.
Nie z każdą decyzją dziecka rodzice się zgodzą - to normalne, tak jak niekoniecznie zgadzają się z każdą decyzją swoich dorosłych krewnych czy przyjaciół. Jednak zasadniczo szanują te decyzje i zdolność dziecka do ich podejmowania - nawet, jeśli czasem czują sprzeciw i starają się udaremnić ich wykonanie (tak jak mogą przeciwdziałać pewnym decyzjom podjętym przez innych dorosłych)! Jednocześnie rodzice wolni od pedagogicznych roszczeń przekonują się, że dziecko potrafi podejmować znacznie więcej sensownych decyzji w odniesieniu do siebie samego, niż na ogół się przypuszcza..
Krytykowana przez von Schoenebecka postawa „roszczenia wychowawczego” (bądź „pedagogicznego”) to traktowanie drugiego człowieka (np. dziecka) jako niezdolnego do samostanowienia - do oceny rzeczywistości i podejmowania decyzji o tym, co uważa za dobre dla siebie. „Roszczenie pedagogiczne” to stawianie siebie (rodzica, opiekuna, wychowawcy) ponad dzieckiem, w roli wszechwładnego (i wszechwiedzącego!) Boga, który „wie lepiej” i decyduje, nie licząc się z wolą tego, kogo decyzja dotyczy, narzucając własną wolę.

Zamiast tego von Schoenebeck proponuje przyjaźń z dziećmi. Traktowanie ich jak przyjaciół, odpowiedzialnych za własne decyzje - przyjaciół, na których szczęściu i zdrowiu mi zależy, ale którym pozwalam być sobą, nie usiłuję ich zmieniać, narzucać im, jacy mają być. Z przyjaciółmi czasem się sprzeczamy - ale są to konflikty równych i szanujących się partnerów (nawet jeśli czasem wyda mi się, że przyjaciel głupio do czegoś podchodzi!). Nieraz staramy się postawić na swoim - ale jesteśmy wrażliwi też na uczucia, jakie to budzi w drugiej osobie. Uczucia - własne i drugiej osoby - są dla nas ważniejsze niż wyobrażenia, jaki „powinien” się stać nasz przyjaciel. A nasz wpływ na tę osobę jest tym większy, im większe zdobywamy u niej zaufanie - kiedy widzi, że jesteśmy autentyczni w wyrażaniu swoich uczuć i dążeń, i że szanujemy jej prawo do tego samego, do bycia sobą.

Możemy być tacy, jakimi mamy ochotę być i to samo dotyczy również dzieci - pisze von Schoenebeck. - Możliwość „pokazywania swego prawdziwego oblicza” jest wielkim dobrem, którego podstawą jest nowe zaufanie i pełna szacunku postawa nowej relacji“.

Wielu rodziców źle się czuje w roli kontrolujących wszystko i narzucających swą wolę tyranów. Źle im z tym, że „muszą” forsować swoje decyzje podjęte z punktu widzenia tych, którzy „wiedzą lepiej”, - że muszą przy tym stawać się nieczuli na ból i sprzeciw swojego dziecka. Dlaczego, mimo to, tak postępują? Ponieważ czują się odpowiedzialni za dzieci. Odpowiedzialność zmusza ich do poszukiwania „obiektywnie najlepszych dla dziecka” decyzji, a potem - forsowania ich za wszelką cenę.
Antypedagogika twierdzi, że każdy człowiek - także ten najmłodszy - jest odpowiedzialny za samego siebie - może decydować o tym, co jest dla niego najlepsze, starać się zrealizować te decyzje i ponosić ich konsekwencje. Von Schoenebeck odwraca pedagogiczne założenie, pisząc (Kocham siebie takim, jaki jestem, Kraków: Impuls 1994, przeł. J. Pańczakiewicz):
„[...] Odebranie komuś odpowiedzialności za samego siebie dyskwalifikuje go, zaprzecza jego wrodzonym zdolnościom. Równocześnie obciąża osobę ponoszącą odpowiedzialność ogromnym brzemieniem, przynosi jej wciąż nowe konfrontacje zamiast pokojowego współistnienia, panowanie zamiast solidarności, wychowanie zamiast wspierania, kontrolę zamiast zaufania, stres zamiast wypoczynku, nienawiść zamiast miłości. Nie jest łatwo być za kogoś odpowiedzialnym - jest to sprzeczne z naturą człowieka. Zarówno z naturą pozbawianego odpowiedzialności za samego siebie, jak i - przejmującego tę odpowiedzialność. [...]“
Czy jest to zachęta do nieodpowiedzialności, czyli nie interesowania się losem dziecka? „Jeśli nie mam w stosunku do dziecka praw - to nie mam też wobec niego obowiązków” - rozumuje Tomasiewicz. Oczywiście, że nie masz obowiązków, ale możesz - i do tego antypedagogika wzywa! - wziąć odpowiedzialność; nie za kogoś, ale za to, jak ty postępujesz wobec kogoś. Dojrzewaniu w człowieku poczucia odpowiedzialności wobec innych sprzyja bycie traktowanym jak osoba odpowiedzialna - a nie taka, za którą inni podejmują decyzje i ponoszą odpowiedzialność.
Człowiek traktowany od małego jako odpowiedzialny za siebie wie, że nie może zrzucać odpowiedzialności na kogoś innego - że cokolwiek robi, wynika w sumie z jego decyzji, i jego też dosięgną konsekwencje - nie pozwala więc sobie na nieodpowiedzialność. Tak to działa, o czym przekonują się rodzice od lat realizujący antypedagogiczną (czy też: postpedagogiczną) postawę w swoim życiu rodzinnym (w tym sam autor Antypedagogiki…, ojciec trojga dzieci -w tym dwojga dziś już dorosłych).

Nasze dzieci - pisze von Schoenebeck (1993) - są za siebie odpowiedzialne od chwili swych narodzin, tak właśnie je postrzegamy i nie przeszkadzamy im w tym. Decyzje, które podejmują, nie są dla nich niebezpieczne, a wypadki zdarzają się rzadko, gdyż nie ulegają pokusie przeceniania swoich możliwości. Kiedy sądzą, że nie są w stanie dokonać prawidłowej oceny sytuacji, upoważniają nas dorosłych do zadecydowania za nie. Cenią nasze doświadczenie, kompetencję i siłę fizyczną i chętnie z nich korzystają, a my z przyjemnością dzielimy się z nimi.
Nasze dzieci nie nadużywają swojej wolności. Nie są niewychowane, lecz wzrastają wolne od wychowywania, to znaczy, że nie muszą bronić się przekorą i nieposłuszeństwem przed pedagogicznymi atakami, lecz wolne od takich napaści rozwijają postawę prospołeczną. Nie zdarza się, aby się raniły nożami, widelcami, nożyczkami, prądem, nie zalewają wodą mieszkań, nie niszczą dla zabawy jedzenia, nie depczą kwiatów, nie męczą zwierząt, nie mażą po ścianach ani nie psują zabawek. Są w naturalny sposób uważne
.”
Okazuje się, że człowiek staje się prospołeczny nie dlatego, że go do tego zmuszono, tylko dlatego, że wzrasta w przyjaznej atmosferze, przekonując się, że ludziom można i warto ufać, i że warto być godnym zaufania.
Można spekulować, czy człowiek jest z natury dobry, czy nie, ale łatwo się przekonać, że człowiek kształtuje się stosownie do warunków, w jakich się rozwija. Człowiek z natury dąży do bycia dobrym, jeśli się znajduje w przyjaznym środowisku, w atmosferze wzajemnego szacunku i możliwości wyrażania siebie. (Bo uczy się, że bycie dobrym jest korzystne dla niego - jest wtedy lubiany i ceniony). Miłość do innych jest częścią miłości do samego siebie. Gdy człowiekowi brakuje miłości własnej - czuje się źle z samym sobą. Nic dziwnego, że wtedy rodzą się w nim silne impulsy, żeby „zrobić sobie dobrze” choćby za cenę czyjejś krzywdy. Widzi, że inni są szczęśliwi, a on nie. Sprawia mu to wielki ból i rodzi się pragnienie, by to „wyrównać”. Właśnie taki człowiek staje się egoistą, niewrażliwym na cudze granice - on „musi” być niewrażliwym, żeby coś osiągnąć dla siebie - choćby „po trupach”. Ten natomiast, kto od małego czuł się pełnowartościowy i akceptowany taki, jaki jest, nie ma w sobie takiego przymusu. Ma zaufanie do życia. Dążąc do swych celów, może liczyć się z uczuciami innych, bo wie, że jest szczęśliwszy, gdy ludzie wokół niego też są zadowoleni. Wie też, że są blisko niego ludzie, którzy życzą mu szczęścia i powodzenia w tym, do czego dąży.
Nasze dzieci nie wiedzą, co to znaczy liczyć się z innymi, jeśli miałby to być obowiązek, który należałoby nieustannie spełniać. Cały czas dzielą się uczuciami i pragnieniami z innymi ludźmi i zależy im, aby również oni byli zadowoleni. Ich społeczna mądrość jest fascynująca i poza wszelkim poczuciem obowiązku.”
Wbrew obiegowym przekonaniom, antypedagogiczna postawa nie polega na stawianiu dziecka ponad rodzicem (to był raczej postulat pedagogiki antyautorytarnej). Antypedagogika stawia ich na równi. Uczucia dorosłego są równie ważne jak uczucia dziecka. Rodzic ma prawo dążyć do własnego celu, nawet sprzecznego z wolą dziecka - ale i vice versa.
Nasze dzieci bardzo jasno wyrażają swoje zdanie. Ich „nie” nigdy nie jest skierowane przeciw innym, lecz wyraża pragnienie pójścia swoją drogą. Dlatego też łatwo jest to uszanować, a problem krnąbrności i hardości w ogóle się nie pojawia. Kiedy z naszych subiektywnych powodów nie możemy zgodzić się na ich „nie”, nie powoduje to żadnej katastrofy. Oczywiście, identycznie wygląda sytuacja odwrotna, kiedy nie uda im się przeforsować swojego pomysłu, akceptują nasz stanowisko, chociaż czasem są zmartwieni, a niekiedy zagniewani. W naszej relacji „nie” podobne jest do drzewa, które przewróciło się na drogę, zmuszając nas do zatrzymania się i poszukania nowej ścieżki“.

W „tradycyjnym”, tj. patriarchalnym społeczeństwie - i stworzonym przez nie prawie - dziecko jest traktowane jako „przyszły człowiek”. Prawa człowieka - z wyjątkiem prawa do życia - nie przysługują dziecku. Dorosły, pobity przez drugiego (czy choćby uderzony), może pójść na policję, zgłosić wniosek do prokuratury („nietykalność osobista”). Dziecko - tylko wtedy, gdy dozna obrażeń grożących śmiercią lub kalectwem. Dorosły ma prawo głosić dowolne poglądy - w domu i publicznie („wolność słowa”). A dziecko? Ile razy słyszy „Nie będziesz mi tu pyskować!”? Dorosłemu konstytucja zapewnia wolność wyznania… Czy religijni rodzice pozwalają dzieciom decydować o własnej wierze i praktykach religijnych? A może tak samo decydują za innych dorosłych? Dorosły ma prawo zmienić miejsce pobytu - stałego lub chwilowego - wychodzić z domu o dowolnej porze, podróżować, przeprowadzić się - bez pytania innych o zgodę. A dziecko? Uciekinierów z domu ściga się na równi z młodocianymi przestępcami. Dorosły ma prawo do tajemnicy korespondencji. Ile znasz rodzin, w których rodzice kontrolują korespondencję dzieci, czytają bez pozwolenia ich pamiętniki? Dorosły może w końcu wybrać, z kim chce żyć pod jednym dachem. A dziecko? Nawet w przypadku rozwodu rodziców opinia dziecka nie decyduje o tym, z kim mu pozwolą zamieszkać. Tak wygląda „ochrona dziecka przed nadużyciami”, zapewniana przez tradycyjny system prawny i rodzinny.
Jeszcze jeden drobiazg. Hubertus von Schoenebeck nie chce „wychowywać” ani dzieci, ani dorosłych. Dlatego - w odróżnieniu od ludzi o pedagogicznym nastawieniu - nie żąda od swoich adwersarzy uznania jego postawy za jedyną słuszną. „Nowa relacja” - przyjaźń z dziećmi zamiast sprawowania władzy - jest wyborem. Wybór należy do każdego z osobna, i zależy od jego doświadczeń, odczuć, przemyśleń. Od tego, w jaki sposób chce żyć z bliskimi osobami. Von Schoenebeck pokazuje tylko, że można „inaczej”: że stosunki w rodzinie mogą opierać się na zaufaniu i autentycznych uczuciach obu stron, bez dzielenia ich na „słuszne” i „niesłuszne”, bez piedestału jednostronnego autorytetu, bez podkopywania czyjejkolwiek miłości własnej i zaufania do siebie samego. Że możliwa jest przyjaźń z dziećmi - także z tymi dziećmi, które są - dostrzegane bądź ignorowane - w każdym z nas, dorosłych.

Bibliografia:

  1. Hubertus von Schoenebeck, “Antypedagogika. Być i wspierać zamiast wychowywać”
  2. Hubertus von Schoenebeck, “Kocham siebie takim, jaki jestem. Droga wyjścia z nienawiści, bezradności i egoizmu”
Powiadom znajomego
  1. (wymagane)
  2. (prawidłowy adres email wymagany)
  3. (wymagane)
  4. (prawidłowy adres email wymagany)
 

cforms contact form by delicious:days

Powiązane Artykuły:

Zostaw swój komentarz

You must be logged in to post a comment.

Kategorie

Chmurka Tagów

Publikuj już dziś!

Publikuj swój artykuł a otrzymasz ZAŚWIADCZENIE!
*Przeczytaj więcej»
*Publikuj»

Administracja