PoradnikPR.info

PoradnikPR.info

Poradnik pedagogiczno - resocjalizacyjny

 
 
 
 

Złość DDA


Dla DDA złość jest czymś niedobrym, czego trzeba unikać, nie pozwalać, aby się ujawniła. DDA nie zdają sobie sprawy z tego, że może ona dawać energię do zmiany, do przywrócenia porządku, do rozstania się z tym, co złe i szkodliwe.

Złość to pierwotne uczucie. Jest sygnałem, że wokół nas dzieje się coś niedobrego, co należy natychmiast zmienić. Pojawia się w najprzeróżniejszych sytuacjach: gdy jesteśmy głodni lub zmęczeni, gdy ktoś atakuje bliską nam osobę, gdy zarzuca się nam brak troski o najbliższych, gdy czujemy się skrzywdzeni lub niesłusznie oskarżani. Złość przygotowuje nasze ciało do obrony siebie lub kogoś bliskiego, do obrony własnej godności.
Wielu DDA złość kojarzy się z agresją, awanturami, zachowaniem poniżającym godność człowieka. Nauczyli się więc nie reagować złością.

Czy jednak jej nie przeżywają?

Uczucie złości to swoisty sprzeciw wobec tego, co się dzieje. Towarzyszą mu myśli typu: „Tak nie wolno!”, „On nie powinien tak robić!”, „To niesprawiedliwe!”. Z tego sprzeciwu wyrasta zwykle chęć zrobienia czegoś, często gwałtownego i radykalnego, co uniemożliwi dalsze łamanie praw, reguł, wartości, które zostały naruszone.

Czasami jednak takim działaniom towarzyszy naruszenie godności drugiego człowieka czy reguł grzeczności wobec niego. Zwłaszcza, gdy przybierają one postać wyzwisk, bicia, czy szarpania. Ale można też używać swojej złości bez agresji, bez naruszania czyichś granic. Tak dzieje się wtedy, gdy denerwuje nas zachowanie danej osoby, a my asertywnie jej o tym mówimy, np.: „Drażni mnie, gdy podnosisz na mnie głos”. Jeśli ona nie przestaje zachowywać się w irytujący nas sposób, zachowujemy się zdecydowanie: „Dość tego! Przestań na mnie krzyczeć!”. Gdy i to nie pomoże, możemy posunąć się nawet do szantażu: „Jeśli nie przestaniesz na mnie krzyczeć, to ja stąd wychodzę!”. Jeśli awantura trwa, wprowadzamy słowa w czyn.

Dziecko w rodzinie alkoholowej w wielu sytuacjach może przeżywać złość i nawet nie zdawać sobie z tego sprawy. Czasami złości się, bo nikogo nie ma w domu, a czasami, bo ktoś jest i znowu nie będzie spokoju. Złości się, bo powinno odrabiać lekcje, a nie może się skupić, gdy zza ściany dochodzą gwałtowne krzyki. Złości się, bo ojciec wyżywa się na matce, bo toczy się kolejna awantura, która do niczego nie prowadzi. Zazwyczaj obiektem złości jest pijący rodzic, bo w domu utarło się myśleć i mówić, że to on ponosi za wszystko winę: „Gdyby nie pił, życie byłoby inne”.

Złość budzą jednak także zapracowane, wiecznie nieobecne matki, które usprawiedliwiają swoją niedolę życiową i tkwienie w beznadziejnym związku tym, że „przecież dzieci muszą mieć ojca”. Początkowo dziecko nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że kieruje swoją złość na matkę. Niepijąca matka jest dla niego wciąż źródłem opieki i wsparcia, od niej oczekuje zaspokojenia swoich najważniejszych potrzeb. Gdy jednak nie podejmuje ona radykalnych kroków, które odmieniłyby życie na lepsze, dziecko ma jej za złe, że biernie godzi się na jawną krzywdę i uważa takie zachowanie za przejaw nielojalności wobec niego. To budzi gniew i złość. Pisze o tym Paulina: „Mam ostatnio problem ze złością na ojca (alkoholika), a nawet na mamę. Gdy przyjeżdżam do domu, jestem tak wkurzona, że nie mogę nawet przebywać z ojcem w jednym pokoju, mam ochotę wrzasnąć”.
Jednak - jak wielu DDA - Paulina nie okazuje złości: „Wypracowałam w sobie mechanizm nieodzywania się do ojca, gdy nie jest to konieczne, nie mam ochoty na jakikolwiek kontakt z nim, więc nawet wykrzyczenie tego, o co mam do niego żal, nie wchodzi w grę. To jest taka „słabość”, do której „nie mogę się przyznać”".

Wiele DDA uważa okazywanie złości za dowód własnej słabości. Takiego myślenia nauczyło ich obserwowanie bezsensownych z pozoru ataków wściekłości alkoholika czy awantur między rodzicami. Tymczasem w takich scysjach członkowie rodziny alkoholowej nie tyle walczą o przywrócenie jakiegoś porządku, co wykorzystują złość i agresję, by odreagować część napięcia nagromadzonego w domowej atmosferze. Nikt nie spodziewa się tak naprawdę, że po kłótni alkoholik przestanie pić, a w domu wszystko będzie tak, jak być powinno, ale wszyscy wiedzą, że po kłótni doznają swego rodzaju ulgi i chwilowego uwolnienia od trudnych napięć, jakie czują na co dzień.

W domach rodzinnych DDA nauczyły się też instrumentalnego wykorzystywania złości, po to, by wzbudzić strach, by zostać samym, by poczuć, że się jest dla kogoś ważnym. Wiele DDA ma podobne doświadczenia ze złością jak Aga: „W domu nie rozmawialiśmy o uczuciach, o palącym wstydzie, o niesprawiedliwości, o złości i nienawiści, o niepewności i lęku. Przez wiele lat jedynymi sytuacjami, w których informowałam ojca o moich uczuciach do niego, były kłótnie. Działo się to przeważnie wtedy, gdy był pijany. Wyzwalało to najgorsze uczucia. Na takie zasługiwał i można się było wtedy wyżyć bez wyrzutów. Sprawa się komplikowała, gdy był trzeźwy. Wtedy nie było to już proste, było bolesne. Miałam poczucie, że go krzywdzę, że jestem podła, że nie mam prawa do takich złych uczuć. Nie potrafiłam ich wyrażać nawet w relacji z mamą. Myślę, że w dużej mierze nie zdawałam sobie sprawy z tego, co mi jest, no i przede wszystkim, czy mogłam się złościć na zachowanie osoby, która starała się być najlepszą mamą i miała stałe zastępstwo za ojca? Oczywiście, że nie. Robiła wszystko, żeby nam niczego nie brakowało. Mieliśmy poczucie, że przy mamie nic złego nas nie spotka, że poradzi sobie z każdą sytuacją. W pewnym momencie zapomnieliśmy o tym, że jest człowiekiem i że tryb życia, jaki prowadziła, to, że się nie oszczędzała, nie dbała o swoje zdrowie, pozostawia ślad. Przypomnieliśmy sobie o tym, kiedy zmarła po drugim wylewie. [...] W domu też nie można było płakać. Denerwowało to mamę, gdy bez powodu nagle zaczynałam szlochać. Denerwowało to też ojca i jak był trzeźwy, robił niemiłe komentarze, po których czułam się jak odmieniec. Kiedyś płacz był dla mnie oznaką słabości, na którą nie mogłam sobie pozwolić. Teraz daję sobie prawo do tego, by być słabą i płakać.
Na terapii zrozumiałam, że nie umiem wyrażać uczuć negatywnych i pozytywnych, a szczególnie, gdy dotyczą one jednej osoby. Dowiedziałam się też, że buduję wokół siebie mur, nie dopuszczam ludzi blisko siebie, choć bardzo potrzebuję kontaktu i bliskości. [...] Tam, gdzie mogło być coś dobrego dla mnie, szukałam podejrzliwie podstępu i byłam zdziwiona, gdy go tam nie było”.

List Agi pokazuje, że złość jest wszechobecna w życiu DDA i łatwo sprowokować jej wybuch. Zwykle ofiarą złości staje się ktoś, wobec kogo najłatwiej ją wyrazić (np. wobec pijanego, dziecka), a nie ten, kto jest jej przyczyną (np. bierna matka). Przyczyną takiego ukierunkowania złości może też być to, że w rodzinach alkoholowych po prostu nie mówi się o pewnych sprawach (np. o alkoholizmie ojca) albo nie wolno wyrażać pewnych uczuć (np. żalu do matki, frustracji z powodu niemożności wywiązania się z obowiązków, itp.). W rezultacie łatwo stać się ofiarą własnej złości, tak jak Aga - zamknięta w sobie, unikająca kontaktów z ludźmi, bez przyjaciół.

Reakcja na złość

Trudno się zatem dziwić, że DDA często lękiem reagują na złość, zwłaszcza gdy nie wiedzą, jak sobie z nią poradzić. Boją się też czyjejś złości, bo doświadczenie mówi im, że pod jej wpływem ludzie stają się agresywni, a czasami nawet nieobliczalni. Zwykle kiedy pojawia się złość, DDA przeżywają mieszankę uczuć i myśli trudnych do zniesienia, podobnych do tego, co opisuje Asia: „Czuję taką złość! Gdybym tylko mogła… Chciałabym zniknąć. To całe życie takie trudne. Kiedy już mi się wydaje, że coś kumam - nagle zwykła, ta najtrudniejsza codzienność, kłótnia o nic. I znów chcę rwać włosy z głowy i krzyczeć: Nienawidzę cię Asia! Za to, że nic ci nie wychodzi! Halo! Pomocy! Nie wytrzymam już!. Często miewam zmienne nastroje, jakieś dziwne ataki złości, lęku, itp. A potem nie czuję zupełnie nic… Męczy mnie to strasznie”.

Niewyrażona, stłumiona złość uderza w same DDA, odbiera im energię, dręczy - jak to określa autor jednego z listów - „chorymi myślami, które zawsze obierają jakiś trudny, często wyimaginowany kierunek… [...] Potem, kiedy mi przechodzi, chce mi się wyć z bezsilności…”. Odreagowują ją na sobie, na bliskich, na ukochanym psie. Pogrążają się w smutku, beznadziejności, czasami nawet w depresji. Myślą, że złość jest destrukcyjna i nie należy jej okazywać, bo nic dobrego z tego nie wyniknie, że jeśli ją okażą, to wszystko potoczy się znacznie gorzej, dojdzie do wybuchu i nikt już nie będzie panował nad sytuacją. Niektóre DDA uważają, iż skoro odczuwają złość, to są złymi ludźmi: „Jakby tkwił we mnie diabeł”, „Jeśli się złoszczę, to staję się taki jak moi rodzice. Nie chcę być taki jak oni”.
Często dopiero w trakcie terapii DDA odkrywają, jak wielkie są pokłady ich złości. Pisze o tym Maja: „W moim życiu jest mnóstwo ukrytego gniewu, skierowanego do moich rodziców. O to, że nie byłam dla nich najważniejsza, że nie potrafili mnie zaakceptować, że ryby i dzieci…, że wciąż są ze mnie niezadowoleni, bo nie spełniłam ich oczekiwań, choć nie wiem, co to znaczy. Nie pozwalali mi na wyrażanie swoich emocji, miałam być zawsze najlepsza, uśmiechnięta. Złość - absolutnie! Złoszczą się niegrzeczne dziewczynki. Nie umiem sobie z tym gniewem i złością poradzić, bo jej źródłem są najbardziej kochane przeze mnie osoby”.

Dobrze jest odczuwać złość, bo ona daje nam siłę i determinację do tego, by walczyć o to, co dla nas ważne, by przywracać porządek tam, gdzie został zburzony. Jest źródłem wielkiej mocy. Pod jej wpływem człowiek jest w stanie pokonać silniejszego od siebie napastnika, przetrwać w najgorszych nawet sytuacjach i zwyciężyć, czerpiąc siłę z wiary, że to on ma rację.
Im większa jest złość, tym prawdopodobnie mocniejsze było w przeszłości zranienie. Daje ona jednak impuls do oczyszczenia rany, nawet jeśli jest to bardzo bolesne. A to oznacza, że złość może być konstruktywnym uczuciem, które da się wykorzystać do obrony siebie, a nie przeciwko innym.

Konstruktywne wykorzystanie złości

jest jedną z umiejętności społecznych. Stwarza możliwości zmiany otoczenia, siebie, wspomnień. Powoduje przypływ mocy i daje poczucie sprawczości. Trudno się jednak tego nauczyć z książek. Najlepszą szkołą są realne sytuacje, kontakty z ludźmi - warto podpatrywać tych, którzy potrafią konstruktywnie się złościć. Tych umiejętności można się też nauczyć na treningach asertywności, umiejętności społecznych, czy radzenia sobie ze złością. Takie zajęcia organizowane są przez wiele placówek psychoterapeutycznych.

Po terapii DDA czują siłę do tego, by rozluźnić swoje związki z raniącymi je ludźmi, by podjąć wyzwania, których wcześniej się bały, by stawać w obronie swoich praw i dbać o własne sprawy. Bo w złości ukryta jest moc, a od nas zależy, jak ją wykorzystamy - konstruktywnie czy destrukcyjnie.

W rodzinie alkoholowej dziecko rzadko kiedy może liczyć na rodzica, bo najczęściej jest czymś zajęty albo go nie ma. Musi więc samotnie mierzyć się z zagrożeniami.

Słowa opisujące lęk znajduję niemal w każdym liście od DDA. Piszą o konkretnym strachu i o paraliżującym lęku, o niepewności, obawach i ciągłym zamartwianiu się. Ale znam także DDA, które uważają, że się nie bały. Nie znaczy to jednak, że nigdy nie poczuły strasznego napięcia w ciele, drżenia mięśni, gwałtownego bicia serca, utraty tchu, czy innych fizycznych objawów lęku. Alicja nazywa ten stan zamrożeniem czy zamarciem: „Chowałam się do szafy i znikałam z tego miejsca i czasu. Wtedy się nie bałam”. Znajomi Alicji uważają ją za wręcz nieustraszoną, a ona sama długo nie rozumiała, dlaczego nagle w samotności traci poczucie kontroli, jej ciało zaczyna drżeć, a z oczu lecą łzy, których nie jest w stanie powstrzymać.

Dziecko, które dorasta w rodzinie z problemem alkoholowym, boi się jak każde inne dziecko. Boi się na przykład, gdy zostanie samo w domu. W przeciwieństwie jednak do rówieśników z „normalnych” rodzin boi się też powrotu rodziców, bo to zapowiedź kłótni, napięcia, niekiedy także przemocy. Boi się, że dostanie karę za jakieś bliżej nieokreślone przewinienie, ale czasem większy strach budzą w nim sytuacje, w których ofiarami wyzwisk czy bicia staje się rodzeństwo lub jedno z rodziców.
Dziecko radzi sobie z zagrożeniami przede wszystkim szukając ochrony i bezpieczeństwa u rodziców: w ich ramionach świat nie jest taki straszny, można czuć się pewnie, widząc ich siłę, można też wiele się nauczyć, obserwując to, jak radzą sobie z trudnościami. Z czasem dziecko potrafi już samodzielnie stawiać czoło wyzwaniom i trudnościom. Umie adekwatnie oceniać zagrożenia oraz rozróżniać, kiedy poradzi sobie samo, a kiedy powinno odwołać się do pomocy innych.

Relacje z rodzicami

W rodzinie alkoholowej dziecko jest w zupełnie innej sytuacji. Rzadko kiedy może liczyć na rodzica, bo najczęściej jest czymś zajęty albo go nie ma. Musi więc samotnie mierzyć się z zagrożeniami. Jeśli się boi, to nikt go nie uspokoi ani nie zapewni mu ochrony. Niektóre dzieci potrafią same zdusić swój lęk, ale większość tego nie umie.
Dzieci, które z powodu swojego temperamentu silniej przeżywają lęk, mogą przeceniać zagrożenie i wycofywać się z sytuacji, z którymi powinny sobie bez większego trudu poradzić - boją się na przykład bawić z nieznanymi dziećmi, czy zgłosić w klasie do odpowiedzi. O takich dzieciach mówi się, że są wycofane albo nieśmiałe. Lęk ogranicza ich zachowania, a najprostszym sposobem poradzenia sobie z nim staje się unikanie wywołującej go sytuacji: „Jeśli nie zwrócą na mnie uwagi, to uniknę sytuacji, której się boję”.

Z kolei dzieci, które mniej się boją, mogą zupełnie nieświadomie wchodzić w sytuacje naprawdę dla nich niebezpieczne. Wiele DDA ma za sobą złe przeżycia, bo znalazły się w nieodpowiednim miejscu o nieodpowiednim czasie. Słyszałam wiele takich historii - pewien chłopiec widział, jak chuligani pobili jego pijanego ojca; pewna dziewczynka została zgwałcona, gdy późnym wieczorem spacerowała samotnie w parku.
Jeśli wcześniejsze kontakty nauczyły dziecko z rodziny alkoholowej zaufania do ludzi, to może ono zacząć uzależniać swoje poczucie bezpieczeństwa od bycia w związku. Myśli typu: „Jestem bezpieczny, jeśli ona się mną opiekuje”, „Sama sobie nie poradzę, ale on mnie obroni”, „Nie jestem w stanie przeżyć sama”, „Nie wyobrażam sobie życia w pojedynkę”, wynikają bezpośrednio z postrzegania świata jako niebezpiecznego, a siebie jako niezdolnego czy niezdolnej do poradzenia sobie w groźnym świecie. Myślący w ten sposób dorosły człowiek boi się bycia samemu, wchodzi więc w relacje, w których jego samopoczucie i wewnętrzny spokój zależą od obecności (bądź nieobecności) partnera.

Dzieci z rodzin alkoholowych często nie potrafią zaufać ludziom,

a jednocześnie nie wierzą, że są w stanie poradzić sobie same. Wyobrażają sobie wtedy świat jako dżunglę, w której mogą przetrwać jedynie najsilniejsi, nieliczący się z nikim i z niczym. Wyrastają z nich dorośli walczący o przetrwanie. Przyjmują różne strategie tej walki: jedni stają się bezwzględni, starając się pokonać wszystkie potencjalne zagrożenia, inni ciągle przed nimi uciekają. Wspólny dla nich jest lęk przed ludźmi, których uważają za szczególnie groźnych: fałszywymi, krzywdzącymi, odrzucającymi, itp.

Wiele DDA ciągle zastanawia się: „Jak mnie inni odbiorą?”, „Jak wypadnę w ich oczach?”, „A jeśli mnie skrytykują, to co wtedy?”. Tym obawom towarzyszy poczucie, że jest się gorszym od otaczających ludzi, że się do nich nie pasuje. Nadmierna staje się koncentracja na własnych obawach, a efektem tego jest szukanie sposobów unikania trudnych emocjonalnie sytuacji. Wtedy jednak lęk zaczyna się nakręcać i ujawniać w coraz to nowych okolicznościach.

Skutecznym sposobem pokonania lęku jest zmierzenie się z tym, co go wywołuje.

Nie chodzi o to, by się w ogóle nie bać. Chodzi o to, żeby lęk nie paraliżował, żeby pomimo niego podejmować wyzwania, jakie stawia życie. Podejmując je, można poznać, na czym polega zagrożenie i jak się przed nim uchronić. Unikając sytuacji postrzeganych jako niebezpieczne - bez weryfikowania, czy tak jest naprawdę - nie można się zbyt wiele nauczyć. Ci, którzy stosują uniki, oddychają co prawda z ulgą, że „znowu się udało”, ale nadal nie wiedzą, jak radzić sobie z trudnościami. Na przykład komuś udawało się dotychczas wykręcać od publicznych wystąpień. Przyszedł jednak taki moment, że musi zabrać głos przed dużym audytorium. Wtedy ogarnia go poczucie bezradności i przerażenie, myśli: „Ja nie potrafię, spalę się ze wstydu”. Tak naprawdę jednak po prostu nie wie, czy potrafi to zrobić, bo robił wszystko, żeby się tego nie dowiedzieć.
Tymczasem lęk, który towarzyszy nam, gdy robimy coś po raz pierwszy, to rodzaj tremy: „Robię coś nowego, mój organizm jest w pełnej mobilizacji do wykonania tego zadania, czuję, że to ważne nowe doświadczenie. Nie wiem jednak, jakie ono będzie, jak ja sam wypadnę. Robię to po raz pierwszy, więc zapewne moja praca nie będzie doskonała, ale ważne jest samo doświadczenie i możliwość odkrycia, co jest dla mnie łatwe w tym zadaniu, a co trudne”. Mnóstwo ważnych informacji, które trudno dostrzec, jeśli się jest skoncentrowanym głównie na tym, żeby jak najlepiej wypaść w oczach innych. Wielu z nas błędnie interpretuje te sygnały mobilizacji organizmu jako lęk, a tymczasem rzeczywistym jego źródłem jest koncentracja na myśleniu o reakcjach i ocenach otoczenia.
Dorastanie w rodzinie alkoholowej może być źródłem jeszcze innego rodzaju lęku - przed uczuciami. Wyrażanie emocji w takiej rodzinie zamyka się zwykle w dwóch skrajnościach: od „Nie pokazuj, co czujesz” do „Możesz wyrażać wszystko, bez względu na formę czy treść”.
W rodzinie Ani emocje mógł wyrażać jedynie ojciec: niezadowolenie, złość, obrażanie się. Robił to głośno, nie licząc się z nikim i z niczym. Prowokowane przez niego awantury budziły sąsiadów. Uważał, że to żona i dzieci są im winne i zmuszał ich, żeby go za nie przepraszali. Im natomiast nie wolno było okazywać żadnych uczuć: jakiekolwiek próby kończyły się kolejną awanturą. Ania próbowała rozmawiać o tym wszystkim z matką, ale ta tłumaczyła jej, że nie powinna tak myśleć, bo ojciec ich kocha i wszystko robi tylko dla nich. W Ani narastało przekonanie, że jej uczucia w ogóle się nie liczą. Wielokrotnie słyszała, że nie powinna tego tak przeżywać, że najważniejszy jest spokój w domu i to, żeby ojciec nie poszedł się napić.
Wiele DDA zna tylko dwa sposoby radzenia sobie z emocjami: odcięcie się od nich lub ich niekontrolowane wybuchy. Nic więc dziwnego, że czują lęk przed przeżywaniem uczuć, paradoksalnie także tych pozytywnych: przecież kiedy na kogoś liczysz, to boisz się, że cię zawiedzie, a kiedy kogoś pokochasz, to boisz się, że cię zostawi. Uczucia kojarzą się DDA zwykle z dodatkowym cierpieniem, niepotrzebnym obciążeniem, czymś, co utrudnia życie.

Kontrola

W przeciwieństwie do swoich rodziców, którzy nie potrafili nic kontrolować w swoim życiu albo kontrolowali niewiele, DDA stawiają zazwyczaj na kontrolowanie wszystkiego, co dzieje się w ich życiu. Jak pisze Janusz: „Jeśli będę kontrolował to, co wyrażam, jestem bezpieczny. Ludzie nie widzą wtedy mojej niepewności, nieporadności. Sprawiam wrażenie kogoś takiego jak oni”. Kontrola emocji przybiera różne formy:

  • staram się nie mówić zbyt wiele lub mówić dokładnie tyle, co inni
  • zanim wypowiem coś głośno, układam to sobie w głowie
  • swoim zachowaniem dopasowuję się do otoczenia
  • mówię lub robię to, czego inni oczekują
  • nie mówię tego, co w moim przekonaniu nie spotka się z aprobatą
  • nie wyrażam tego, co jest dla mnie trudne
  • zamiast tego, co przeżywam, wyrażam to, co według mnie powinienem przeżywać w danej sytuacji
  • sam siebie przekonuję: „moje uczucia nie są ważne”, „rozczulasz się jedynie nad sobą”, „rozklejasz się”, „weź się w garść i przestań się mazać”, itp.

Kontrola w wykonaniu DDA polega na tym, że bardzo pilnują tego, co wyrażają, albo że próbują wpływać na otoczenie. DDA wielokrotnie próbowały w dzieciństwie wpłynąć na ojca, by nie pił, i na matkę, by się uspokoiła i nie potęgowała awantur. Ktoś przecież musiał zapanować nad chaosem, który ogarniał i niszczył rodzinę: „Wylewałam po kryjomu alkohol do zlewu. Wiedziałam, że kiedy w domu nie będzie już alkoholu, to położy się spać i będzie spokój”, „Wydawało mi się, że jeśli wszystko będzie w porządku, to on przestanie pić. Dobrze się uczyłem, starałem się być we wszystkim najlepszy”, „Starałam się nie zawracać głowy mojej mamie przynajmniej moimi problemami. Kiedy o coś pytała, zawsze mówiłam, że u mnie jest w porządku, że niczego nie potrzebuję. Nie chciałam, żeby jeszcze mną musiała się zajmować, starałam się być samodzielna”.

Usilna potrzeba kontroli nad sobą i otoczeniem uwidacznia się zwłaszcza wtedy, gdy DDA czuje się bezradne: im mniejszy ma na coś wpływ, tym bardziej stara się go uzyskać. Dlatego dorośli ludzie mieszkają ze swoimi rodzicami, choć dawno powinni wyprowadzić się z domu - boją się jednak, że rodzice zostawieni bez kontroli zrobią sobie krzywdę. Ale czy pozostając z nimi, rzeczywiście mają nad nimi jakąkolwiek kontrolę? Przecież ich rodzice są dorośli. Mogą się zapić, wzajemnie pozabijać albo się zmienić. Nikt nie ma na to wpływu.

U DDA lęk przed utratą kontroli czasem przybiera formę obaw, że sami zaczną pić jak ich rodzice, że będą traktować swoich bliskich tak jak oni albo tak samo destrukcyjnie wyrażać swoje uczucia. Niektórzy boją się, że zwariują, jeśli pozwolą sobie na pełne przeżywanie uczuć. Dobrze wtedy porozmawiać z kimś, np. z psychoterapeutą, o tym, jakie jest prawdopodobieństwo powtórzenia zachowań pijących rodziców.
Niestety, lęk przed uczuciami, utratą kontroli, czy przed ujawnieniem swoich problemów drugiemu człowiekowi mogą bardzo utrudnić korzystanie z pomocy innych ludzi. Maria przez kilka lat chodziła na terapię. Nauczona w domu wyczuwania potrzeb bliskich i ich zaspokajania, szybko odkryła oczekiwania terapeuty. Realizowała wszystkie jego zalecenia, przychodziła regularnie, lepiej potrafiła analizować swoje życie i doświadczenia. A jednak nic się nie zmieniało.

Basia była cierpliwa, rozumiała, że nic nie zmienia się od razu, ale też czuła coraz bardziej, że terapia nie dotyka jej prawdziwych problemów, że ona sama się nie zmienia. W końcu odkryła, że odgrywa przed terapeutą rolę - rolę dobrej pacjentki, tak jak odgrywała i wciąż odgrywa różne role w życiu: dobrej córki, dobrej uczennicy, czy dobrej pracownicy. Te role dobrze chronią ją przed zagrożeniem, jakie wiąże się z pokazaniem prawdziwej siebie. Zorientowała się, że jak zawsze boi się być sobą, że nie okazuje swoich prawdziwych słabości, uczuć i pragnień z obawy przed odrzuceniem przez otoczenie. Prawdziwym wyzwaniem okazało się dla Basi odsłanianie prawdziwej siebie. Gdy poradziła sobie z tym, zmienił się też sposób, w jaki postrzegała siebie i innych.

A zatem: jeśli chcesz się zmierzyć z własnym lękiem, to przede wszystkim musisz go poznać.

Na początek zacznij obserwować, jak zachowuje się Twoje ciało, gdy się boisz: co się dzieje z Twoim sercem, oddechem, mięśniami, żołądkiem, itp.? Zwróć uwagę także na myśli, które pojawiają się wtedy w Twojej głowie: uspokajają cię czy wręcz przeciwnie - nakręcają? Naucz się rozluźniać i uspokajać. Możesz korzystać z treningu relaksacyjnego albo z metod, które intuicyjnie nauczyłeś się wykorzystywać, np. modlitwy, medytacji, słuchania muzyki, czy wysiłku fizycznego.
Pamiętaj, że lęk - jak każda emocja - opadnie, jeśli nie będzie wzmacniany. Jeśli boisz się ludzi, to będzie on narastał, dopóki nie zaczniesz do nich wychodzić, z nimi rozmawiać. Z każdym spotkaniem Twój lęk przed ludźmi ma szansę być coraz mniejszy, a Ty zaczniesz nabierać pewności siebie.


Powiadom znajomego
  1. (wymagane)
  2. (prawidłowy adres email wymagany)
  3. (wymagane)
  4. (prawidłowy adres email wymagany)
 

cforms contact form by delicious:days

Powiązane Artykuły:

Zostaw swój komentarz

You must be logged in to post a comment.

Kategorie

Chmurka Tagów

Publikuj już dziś!

Publikuj swój artykuł a otrzymasz ZAŚWIADCZENIE!
*Przeczytaj więcej»
*Publikuj»

Administracja