PoradnikPR.info

PoradnikPR.info

Poradnik pedagogiczno - resocjalizacyjny

 
 
 
 

Odwyk po chińsku

Dziesięć milionów chińskich nastolatków jest uzależnionych od internetu

Rodzice i partia komunistyczna troszczą się o swoją młodzież – gdy ktoś za długo przesiaduje przed monitorem, zostaje poddany kuracji odwykowej. Tam zaś używa się wszelkich metod, nierzadko chłosty i elektrowstrząsów, by wybić młodym ludziom z głów zgubny nałóg.

Deng Senszan był dobrym chłopcem, tyle że zbyt często grywał na komputerze. Rodzice wysłali go więc na obóz odwykowy i czternaście godzin później chłopak był już martwy. Ludzie, którzy mieli mu pomóc, zatłukli go na śmierć. Deng miał zaledwie piętnaście lat.

Nigdy nie opuszczał szkoły – opowiada jego wuj. Przestrzegał wszystkich reguł. Był nieśmiały, nie rozmawiał z dziewczynami, prócz tego miał lekką nadwagę. Nie chciał jednak uprawiać joggingu, wstydził się – ojciec więc wstawił mu do pokoju sprzęt sportowy. Chłopiec czuł się dobrze jedynie w wodzie, był dobrym pływakiem. Jeszcze w dniu poprzedzającym jego wyjazd na obóz kąpał się wraz z całą rodziną w morzu. 1 sierpnia razem z rodzicami wsiadł do pociągu. Jechali prawie 500 kilometrów, by zawieźć syna na Qihang Salvation Training Camp w Nanning. O tym obozie mówiono w telewizji, brzmiało to dobrze – stwierdzili rodzice. Chcieli przecież dla syna jak najlepiej. We wrześniu miał pójść do liceum, dlatego zaplanowali, by przedtem poddał się kuracji. A przy tym – jak opowiada wuj – Deng spędzał na graniu jedynie półtorej, dwie godziny dziennie.

Matka, zanim zostawiła chłopca w obozie, chciała wiedzieć, czy nie będą go tu bili. Ależ nie – powiedziano jej. – My tutaj jedynie wychowujemy, za pomocą metod psychologicznych. Lecz gdy rodzice odjechali, trenerzy zaczęli zmuszać Denga do biegu. Kilometr po kilometrze. Gdy upadał, bili go, połamali na nim taboret, wlekli go na wartownię i znowu bili. Około trzeciej w nocy Deng został odwieziony do szpitala, zmarł o 3.40. Jego twarz była zalana krwią. Kierownik obozu powiedział później, że chłopiec wszczynał rebelie.

Dziś z internetu korzysta już 338 milionów Chińczyków, 10 milionów młodocianych internautów uważa się tu za uzależnionych. Do takiego wniosku doszli w każdym razie autorzy badań nad stosunkiem chińskiej młodzieży do globalnej sieci. Do komputera przyciągają ich przede wszystkim gry, chętnie też biorą udział w internetowych chatach. Specjaliści porównują już władzę, jaką ma nad ludźmi komputer, z siłą opium, które niegdyś paraliżowało ten kraj. Inni z kolei obawiają się o umiejętności językowe dzieci. Według kursujących w obiegu  liczb trzy czwarte wszystkich młodocianych przestępców jest uzależnionych od internetu. Narodowy Kongres Ludowy troszczy się o chińską młodzież, przede wszystkim jednak martwią się rodzice.

W całym kraju powstają więc prywatne centra odwykowe, jest ich w sumie już 400, żadne niezarejestrowane oficjalnie. Nazywają się “obozami treningowymi” lub “obozami letnimi”, często współpracują ze szkołami. Niektóre zatrudniają po prostu kilku nauczycieli w.f-u, nie ma bowiem żadnych przepisów w kwestii kwalifikacji wymaganych od personelu, wielu prowadzącym takie centra odwykowe zależy jedynie na posłuszeństwie – no i oczywiście na zyskach. Rodzice płacą od 500 do 29 tysięcy juanów (500 do 3000 euro), by wysłać swoje dzieci na jedno, dwu- lub trzymiesięczną kurację. Pomału jednak chińscy rodzice zaczynają się bać – już nie internetu, ale owych “wychowawców”.

W prowincji Szantung lekarze torturują ponad 3000 swoich pacjentów elektrowstrząsami. Rząd dopiero kilka tygodni temu zabronił terapii młodych internetowych nałogowców za pomocą tego typu metod. W prowincji Hebei w jednym z obozów odwykowych 135 uczestników wysłano na długi marsz: w ciągu 28 dni mieli pokonać trasę 850 kilometrów przez prerię w głębi Mongolii. W prowincji Guangdong widziano młodych ludzi wyciągających ręce przez zakratowane okna swego miejsca “terapii”  – trzymali w nich kartki z napisami: “SOS” i “Jesteśmy bici”.

Dopiero jednak śmierć Denga Senszana wstrząsnęła krajem, a ledwie się to stało, już miała miejsce kolejna tragedia. 14-letni Pu Liang został przywieziony z ciężkimi uszkodzeniami nerek do szpitala w Syczuanie. Również jemu próbowano wybić z głowy spędzanie wolnego czasu na grach komputerowych.

“Miłość do dzieci to najważniejsza rzecz w życiu nauczyciela” – to jedna ze złotych myśli, jaka widnieje na ścianie Addiction Medicine Center szpitala wojskowego w Pekinie. Ta największa i najstarsza klinika odwykowa w Chinach, przeznaczona dla osób uzależnionych od internetu, leży na peryferiach stolicy, na terenie koszar. Może tu wejść wyłącznie ten, komu pozwolą na to uzbrojeni strażnicy. Droga do kliniki biegnie obok ogromnego placu defiladowego i plakatu z napisem “Lojalność wobec partii”. Proste jak sznurek ścieżki, posadzone w rządku róże, wszędzie wokół identyczne budynki z czerwonego klinkieru, w których przebywają żołnierze. W jednym z nich mieszkają poddane leczeniu dzieci. W tej chwili jest tutaj 67 pacjentów, większość z nich w wieku od 13 do 18 lat.

“Przemyśl własne błędy, zamiast mówić o słabościach innych” – takie hasło widnieje na kolejnym plakacie, wiszącym w jadalni nad zlewozmywakiem. “Wygrani znajdują rozwiązanie, przegrani szukają usprawiedliwienia” – czytamy w sali konferencyjnej. Napomina się tu także rodziców, na przykład: “Dzieci wzrastające we wrogości stają się agresywne”.


Rola rodziców w powstaniu komputerowego nałogu jest największa – wyjaśnia Tao Ran, 48-letni dyrektor kliniki, mężczyzna o bladej twarzy i włosach uczesanych w równiutki przedziałek. Właśnie w Chinach wielu rodziców za bardzo dyryguje swoimi dziećmi – chcą kontrolować wszystko: co pociecha je, jak się ubiera, co czyta. W ten sposób młodzi ludzie tracą wszelką kreatywność i własną inicjatywę, a także zdolność samodzielnego dopasowania się do własnego otoczenia. Dochodzi do tego jeszcze fakt, że jedynie dobry uczeń gwarantuje swojej rodzinie odpowiednią opinię. Jeśli dziecko zawodzi oczekiwania, twarz tracą również jego rodzice. Szybko pojawia się wniosek: ten, kto ma kiepskie wyniki w szkole, jest generalnie złym człowiekiem – tłumaczy Tao Ran. Niektórzy młodzi ludzie nie wytrzymują owej presji, tego wiecznego dążenia do perfekcji i stałego ustawiania ich do pionu. Zaczynają uciekać w wirtualny świat.

To nikt inny, lecz sami rodzice popychają swoje dzieci w uzależnienie. Wielu z nich już przedszkolakom kupuje pierwszy komputer, mając nadzieję, że pomoże on synowi czy córce w edukacji. Gdy w całym kraju zaczęły lawinowo powstawać kawiarenki internetowe, gdzie przekaz danych jest szybszy niż w domu, a zamiast wrzeszczących rodziców są rówieśnicy i smaczne przekąski, szybko stały się one ulubionym miejscem spotkań chińskich nastolatków.Tao, sam w randze pułkownika, jest członkiem grupy ekspertów, która w ubiegłym roku opublikowała pierwszy w Chinach podręcznik diagnozowania internetowego nałogu. Do niepokojących objawów zaliczono: korzystanie z internetu dłużej niż przez sześć godzin dziennie, brak zainteresowania innymi formami spędzania wolnego czasu, niemożność ograniczenia czasu spędzanego w sieci. Do dziś nie ma jednak jednolitej definicji obrazu choroby. Zong Chuansan, dyrektor chińskiego stowarzyszenia zdrowia psychicznego ostrzega, że obecnie w większości przypadków wyłącznie od oceny rodziców zależy, czy dziecko uznane zostanie za uzależnione, czy też nie. Poza tym wiele osób nie chce się przyznać, ile czasu spędzają rzeczywiście w sieci, skoro uzależnienie od internetu uważane jest za “zaburzenie psychiczne”. Właściwym problemem – twierdzi Zong – jest nastawienie ludzi. – Robią z internetu prawdziwe monstrum.

Tao Ran widzi to inaczej. Szkody, jakie młodzież na całym świecie ponosi za sprawą internetu – mówi ­– są groźniejsze od skutków świńskiej grypy. Jego klinika to jego misja. Na okładce jednej z broszurek widnieje zdanie: “Gdy młodzież jest silna, silny jest również kraj”.

Dwudziestoletni Li Ming* studiuje budowę samolotów. W tej chwili jednak siedzi na swoim piętrowym łóżku, ubrany w mundur moro. Własne ubrania wolno mu nosić jedynie w weekendy. Tu, w tym maleńkim pokoju o zakratowanych oknach, żyje już od dwóch miesięcy i jedenastu dni. Ma szczęście, w tej chwili na parapecie stoi w równiutkim rządku tylko sześć kubków do mycia zębów, jedynie sześć plastikowych misek i sześć ścierek wisi jedne na drugich na drewnianych stojakach – normalnie chłopców jest w tym pokoju ośmiu. Sami piorą swoje ubrania, ścielą łóżka i sprzątają. Większość z nich to jedynacy i robią to wszystko po raz pierwszy w życiu.

Pobudka o szóstej, śniadanie o wpół do ósmej, obiad o wpół do dwunastej, o wpół do dziesiątej muszą być już w łóżkach. W międzyczasie psychoterapia albo marsze. Tak mijają kolejne dni Li, ściśle według rozkładu zajęć. Kiedy studiował na uniwersytecie, do późna w nocy przesiadywał przed monitorem, a następnego dnia dopiero około południa udawało mu się podnieść z łóżka. Tymczasem już od ósmej rano powinien być na wykładach.

Dlaczego tak lubi grać? Li Ming przygryza dolną wargę, zaciska dłonie. – Bo wtedy mogę zapomnieć o swoich problemach – mówi wreszcie cichym, wysokim głosem. Dawniej był szczęśliwy, gdy mógł pograć z kolegami w koszykówkę, będąc już studentem nie mógł jednak poradzić sobie z darowaną mu nagle wolności. Nikt go nie kontrolował jak przedtem rodzice, którzy wybrali mu nawet kierunek studiów. Nie interesowało go to, ale jego wuj powiedział, że z takim dyplomem będzie mógł później znaleźć dobrą pracę.

Siedem godzin dziennie spędzał więc w sieci, przez co zawalił egzaminy. – Rujnujesz naszą rodzinę! – krzyczeli rodzice. Li grał jednak dalej, w tym wirtualnym życiu wszystko było znacznie łatwiejsze niż w rzeczywistym świecie. A kiedy podczas gry zabijał przeciwnika, mógł w ten sposób rozładować cały zgromadzony w nim stres. – Inaczej – uważa – nie da się tego przecież zrobić.

Również jego matka mieszka w tej chwili w klinice, bo dyrektor Tao w swojej terapii stawia nie tylko na leki przeciwko depresji lub hiperaktywności. Chce przeszkolić także rodziców. – Szanujcie swoje dzieci – mówi im. – Dajcie im nieco wolnej przestrzeni.

Wiele nie mają jej również w klinice. Część, w której mieszczą się pokoje pacjentów, oddzielona jest wysoką kratą, zamkniętą na kłódkę. Na kracie udrapowane są sztuczne kwiaty, żeby ładniej to wyglądało. Do gabinetu lekarskiego wchodzi się z  tego samego korytarza. Siedzą tam doktorzy w białych fartuchach, kontrolują i czuwają przez 24 godziny na dobę.

Li Ming mówi, że wiele się tu nauczył, choć na początku marzył tylko o tym, by się stąd wydostać. – Czułem się jak ptak zamknięty w klatce – wspomina. Teraz jednak musi wyjść na podwórko, ustawić się wraz z innymi w szeregu. Bieg przez parę metrów, potem znowu stanie na baczność. (…) Chodzi o właściwą postawę ciała – wyjaśnia jedna z pielęgniarek – niektórym po tylu godzinach siedzenia przy komputerze brakuje po prostu sprężystości.

Pułkownik Tao widzi to następująco: 90 procent jego pacjentów to chłopcy i większość z nich nigdy nie zaznała tak potrzebnego im zainteresowania ze strony ojca. Jest on zwykle zbyt zajęty zarabianiem pieniędzy, by mógł służyć jako przykład dla syna. Podatni na uzależnienie stają się chłopcy o “miękkiej” psychice, ci, którym brakuje męskości, którzy nie potrafią znieść bólu i frustracji. – Koszary stwarzają męski świat – twierdzi Tao i uważa, że to jest dobre. U niego w klinice wisi wewnątrz fototapeta z palmami, na zewnątrz zaś słychać wojskowe wrzaski.

Od czasu do czasu jego pacjenci mogą nawet sami sięgnąć po broń. Wtedy rozgrywają w terenie sceny wzorowane na ich ulubionych grach, tym razem w pełnym rynsztunku – w mundurach, hełmach, kamizelkach kuloodpornych i ze specjalną bronią, tyle że bez amunicji. Przed zajęciami mogą nawet ustalić, kto ma ile żyć. Muszą jednak poczuć prawdziwy wysiłek,  fizyczne zmęczenie – tłumaczy Tao. – To coś zupełnie innego niż klikanie myszą na komputerze. Pełna koncentracja, praca zespołowa – wszystko to ma sprawić, by te dzieciaki powróciły do realnego świata. – To wspaniałe uczucie trzymać broń – mówi Li Ming.

Rodzice Denga Senszana wciąż czekają, by móc zabrać z tamtego obozu swoje martwe dziecko. Dostali już nawet odszkodowanie, ponad milion juanów (około 100 tysięcy euro). Kiedy policja da im znać, pojadą raz jeszcze do odległego obcego miasta Nanning na kremację syna. Urnę z prochami chcą jednak zabrać do domu.

* Nazwisko zmienione przez redakcję.

Sandra Schultz

źródło: http://www.spiegel.de/
Powiadom znajomego
  1. (wymagane)
  2. (prawidłowy adres email wymagany)
  3. (wymagane)
  4. (prawidłowy adres email wymagany)
 

cforms contact form by delicious:days

Powiązane Artykuły:

Jeden komentarz do “Odwyk po chińsku”

  1. 1
    adwokat:

    W Polsce też mamy poważny problem uzależnienia młodzieży od internetu.

Zostaw swój komentarz

You must be logged in to post a comment.

Kategorie

Chmurka Tagów

Publikuj już dziś!

Publikuj swój artykuł a otrzymasz ZAŚWIADCZENIE!
*Przeczytaj więcej»
*Publikuj»

Administracja