PoradnikPR.info

PoradnikPR.info

Poradnik pedagogiczno - resocjalizacyjny

 
 
 
 

Internet - niebezpieczne narzędzie zadawania bólu

Ludzie bywają bezmyślni, niefrasobliwi i potrafią krzywdzić innych, a internet, choć pod wieloma względami cudowny, jest też nowym – i w pewnym sensie bardziej niebezpiecznym – narzędziem zadawania bólu.

8 września 2006 roku na stronie Google Video we Włoszech zamieszczono pewien film. Pokazywał on autystycznego ucznia z Turynu, maltretowanego i obrażanego przez swoich kolegów. W lutym tego roku trzech dyrektorów Google’a, którzy nigdy nie pracowali we Włoszech i nie mieli pojęcia o istnieniu filmu, usuniętego przez administratorów po dwóch miesiącach, zostali uznani przez włoski sąd winnymi naruszenia prywatności nastolatka i otrzymali zaocznie kary sześciu miesięcy więzienia w zawieszeniu. Pozew wniosła miejscowa organizacja działająca na rzecz chorych z zespołem Downa.

Natychmiast podniosło się oburzenie. Jeden ze skazanych, główny dyrektor Google’a ds. prawnych David Drummond, stwierdził, że wyrok ten “stwarza poważne zagrożenie dla wolności i dalszego działania licznych usług internetowych, z których korzystają użytkownicy na całym świecie – w tym wielu Włochów”. Jeszcze przed złożeniem apelacji zawiązała się koalicja obrońców wolności słowa, do której przystąpiły organizacje Index on Censorship i Reporterzy bez Granic oraz rząd USA.

O co cały ten szum? Przecież wszyscy się zgadzają, że film był naganny i obrzydliwy. Prokuratorzy wskazywali, że Google miał obowiązek sprawdzenia przed upublicznieniem materiałów, czy nie naruszają one prawa do prywatności. Twierdzili też, że zignorowano komentarze pod filmem sugerujące jego niestosowność, oraz że nadużycie powinno zostać zauważone, gdy wideo trafiło na listę “najczęściej oglądanych” w serwisie.

Google odparł, że usunął film w trzy godziny po zgłoszeniu skargi przez władze, a europejskie (włoskie) prawo stanowi, iż odpowiedzialność za takie materiały ponoszą osoby je zamieszczające. Firma podkreśliła też, że pozywanie do sądu kilku przypadkowych osób z kierownictwa nie jest właściwym sposobem rozwiązania tego problemu.

Bez względu na ocenę tej konkretnej sprawy, kwestia jest bardziej złożona. Nie chodzi tylko o to, że zgodnie z logiką tego orzeczenia Google – bądź dowolna firma, która udostępnia stronę – odpowiada za każdy obraźliwy film, zdjęcie lub komentarz pojawiający się w serwisie. Kłopot w tym, że to kolejny i zapewne nie ostatni raz, kiedy posłużono się internetem, by wyśmiać cudze nieszczęście i skrzywdzić człowieka.

Kanadyjski film z otyłym chłopcem naśladującym walkę na miecze świetlne – tak zwany “Star Wars Kid” – przyciągnął miliony widzów i zmienił życie jego bohatera w piekło (ów nastolatek, Ghyslain Raza, pozwał jednak kolegów z klasy, którzy zamieścili film w sieci, a nie firmy udostępniające serwer). We Włoszech usuwano grupy na Facebooku nawołujące do zamordowania Silvio Berlusconiego, albo do wykorzystania dzieci z zespołem Downa jako tarcz strzelniczych – jako że to “łatwa i zabawna metoda” pozbycia się “tych obrzydliwych kreatur”.

Niedawna sekcja zwłok Emmy Jones, brytyjskiej nauczycielki w Abu Dhabi, wykazała, że wypiła ona – świadomie lub przypadkowo – żrący płyn, ponieważ jej nagie zdjęcia trafiły do sieci i panicznie bała się, że zostanie skazana w Emiratach za prostytucję.

Laik mógłby spytać, czy nie dałoby się blokować tego typu materiałów, zanim zostaną zamieszczone – jak chciałby włoski sąd. Tu pojawiają się dwie wątpliwości: jedna natury filozoficznej, a druga praktycznej. Pierwsze pytanie brzmi, czy chcemy, by korporacje internetowe miały moc decydowania, co jest stosowne lub etyczne? Wszyscy zgodzą się, że dziecięca pornografia powinna być usunięta z bazy danych wyszukiwarki Google’a, a winni jej rozpowszechniania stanąć przed sądem. Ale co w przypadku, gdy Apple zadecyduje – jak ostatnio uczynił – że nie życzy sobie “podniecających” obrazków w swoim sklepie online? Kto określi, co spełnia tę niejasną definicję, a co nie?


Najistotniejsze jest jednak zastrzeżenie praktyczne. Użytkownicy kupionego w 2006 roku przez Google’a serwisu wideo YouTube co minutę wgrywają 20 godzin nowych filmów – niesamowity strumień informacji, którego żaden człowiek nie byłby w stanie gruntownie skontrolować. Nie chodzi zresztą tylko o filmy. Bill Eggers, dyrektor Deloitte Research, wskazuje, że Bibliotece Kongresu ponad 200 lat zajęło zgromadzenie zbiorów 29 milionów książek i periodyków, 2,4 miliona nagrań dźwiękowych, 12 milionów fotografii, 4,8 miliona map oraz 57 milionów manuskryptów. Porównywalna ilość danych jest dziś załadowywana do internetu w pięć minut.

Google bez wątpienia odniósł wielki sukces dzięki uporządkowaniu tego chaosu. Firma chwali się, że żaden jej pracownik nie decyduje o kolejności wyników wyszukiwania na ekranie – wszystko robi niesłychanie skomplikowany “algorytm”, na którym opiera się działanie strony. Google jest tak przywiązany do tej zasady, że odmówił usunięcia rasistowskiego wizerunku Michelle Obamy, który pojawiał się jako jeden z pierwszych w wyszukiwarce obrazów. Firma argumentowała, że nie łamie on prawa, a jego wysoka pozycja wynika z tego, że ludzie umieszczają do niego linki i często go oglądają.

Właśnie dlatego konsekwencją śledztwa Komisji Europejskiej w sprawie wyników wyszukiwania w Google’u – o którym informował ostatnio “Daily Telegraph” – mogą być nie tylko grzywny w wysokości miliardów dolarów. Jeżeli prawdą okaże się, że konkurencyjne wobec Google’a, albo zwalczane przez niego firmy są spychane w dół na liście wyników, to wówczas obalone zostanie twierdzenie – dla Google’a będące wręcz dogmatem – że jego algorytm jest najdoskonalszą i najbardziej obiektywną metodą porządkowania globalnych informacji.

Kiedy jednak przychodzi do kontrolowania niestosownych treści, nawet mocarny Google nie daje rady. Gdy skrytykowano YouTube za udostępnianie pirackich materiałów, zwłaszcza seriali telewizyjnych i teledysków muzycznych, jego właściciel opracował system zwany “Google Content ID”. Porównuje on filmy na YouTube z chronionymi prawem autorskim materiałami w bazie danych Google’a i pozwala ich właścicielom zadecydować, czy zablokować pirackie wideo, czy dołączyć do niego swoje własne reklamy (co jest dużo popularniejszym rozwiązaniem). Ale system ten nie jest jeszcze na tyle zaawansowany, by wykrywać, kiedy film zawiera nieodpowiednie treści, takie jak pornografię czy rasistowskie tyrady. Google nie może też polegać na “tagach” (etykietkach) używanych przez ludzi do identyfikowania wgrywanych treści: materiał oznaczony jako “ostry seks” lub “Britney Spears nago” nieraz okazuje się na przykład filmem z kotem grającym na pianinie, a celowo błędna kategoryzacja ma przyciągnąć większą liczbę widzów.

Jedynym praktycznym rozwiązaniem jest więc umożliwienie samym użytkownikom powiadamiania firm takich jak Google i Facebook o niestosownych materiałach znajdujących się na ich stronach. Ale tu sytuacja wygląda jeszcze bardziej niepokojąco. Wróćmy na chwilę do filmu z Turynu. Przedstawiał on niepełnosprawne dziecko, bite i wyśmiewane przez innych uczniów – odrażający spektakl. A mimo to stał się jednym z najczęściej oglądanych materiałów na stronie. I choć niektórzy spośród tysięcy widzów sugerowali w komentarzach, że jest to naganne, Google zarzeka się, że ani jeden z nich nie kliknął w widniejący obok każdego filmu przycisk, służący do informowania firmy o nieodpowiednich treściach.

Innymi słowy, Google, Facebook i im podobni zdani są na łaskę natury ludzkiej. Mogą działać wówczas, gdy doszło do ewidentnych naruszeń prawa bądź standardów, tak jak w przypadku pornografii na YouTube, grup na Facebooku propagujących zabijanie niepełnosprawnych, albo zdjęć na profilach z nazistowską symboliką (o ile jest ona zakazana w danym kraju). Mają jednak dużo mniejsze pole manewru, jeżeli chodzi o instynktowną skłonność ludzi do podglądactwa i okrucieństwa – nie dziwią więc szacunki, że co piąty uczeń w Wielkiej Brytanii i co siódmy nauczyciel padł ofiarą jakiejś formy “cyberprzemocy”.

“Zawsze, gdy podobnie myślący ludzie stworzą tłum, można pożegnać się z subtelnością, empatią i dobrymi manierami” – napisała ostatnio w “Sunday Telegraph” felietonistka Jemima Lewis, zwracając uwagę na “zdumiewające chamstwo”, z jakim stykają się na stronie Mumsnet rodzice o odmiennych poglądach na wychowanie. Jedna z matek, która wyraziła niezadowolenie, że w podstawówce jej córki dyskutuje się o lesbijstwie i związkach gejów, dowiedziała się, że jest “homofobem”, “głupią cipą”, i że powinna “wyjechać i zamieszkać z Amiszami, skoro nie potrafi żyć w dzisiejszym świecie”.

Szefowie Facebooka wierzą, że tego typu zachowania będą coraz rzadsze, gdy ludzie przyzwyczają się do używania prawdziwych nazwisk w sieci (tak jak w ich serwisie), a przestaną chować się za zasłoną anonimowości. Ale Shami Chakrabarti, dyrektor organizacji praw człowieka Liberty, twierdzi, że trzeba pójść jeszcze dalej. – Rozumiem, że skoro zależy nam na szybkim i pełnym swobód internecie, trudno żądać, by firmy były bezwzględnie zobowiązane do sprawdzania materiałów przed ich zamieszczeniem. Ale mogłyby one robić dużo więcej niż teraz – biorąc na siebie większą odpowiedzialność za edukowanie i bardziej stanowcze ostrzeganie użytkowników – mówi ona.

Ostatecznie wszystko sprowadza się jednak do naszego zachowania. – Ludzie bywają bezmyślni, niefrasobliwi i potrafią krzywdzić innych, a sieć, choć pod wieloma względami cudowna, jest też nowym – i w pewnym sensie bardziej niebezpiecznym – narzędziem zadawania bólu – mówi Chakrabarti. – Ostatnio modne jest narzekanie na państwo Wielkiego Brata, ale my potrafimy być dla siebie nawzajem równie wrednymi małymi braćmi i siostrami.

źródło: http://www.telegraph.co.uk, Robert Colvile
Powiadom znajomego
  1. (wymagane)
  2. (prawidłowy adres email wymagany)
  3. (wymagane)
  4. (prawidłowy adres email wymagany)
 

cforms contact form by delicious:days

Powiązane Artykuły:

Zostaw swój komentarz

You must be logged in to post a comment.

Kategorie

Chmurka Tagów

Publikuj już dziś!

Publikuj swój artykuł a otrzymasz ZAŚWIADCZENIE!
*Przeczytaj więcej»
*Publikuj»

Administracja