PoradnikPR.info

PoradnikPR.info

Poradnik pedagogiczno - resocjalizacyjny

 
 
 
 

Anoreksja po mamie

Zaburzenia łaknienia nie są dziedziczne w ścisłym znaczeniu tego słowa – nie przekazuje się ich w genach, a jednak przykład najbliższych może mieć destruktywny wpływ na zdrowie członków rodziny, zwłaszcza na dzieci.

Opowieść Nataszy

– Nienaganna fryzura blond, idealny manikiur, godna pozazdroszczenia smukła sylwetka. Moja mama zawsze była bardzo zadbana, ale ja wiedziałam, co się za tym kryje. Mama prawie nic nie jadła i była bardzo mocno uzależniona od środków odchudzających. Odziedziczyłam po niej ten nałóg i z tego właśnie powodu trafiłam do szpitala psychiatrycznego, gdzie walczyłam z lekarzami, którzy usiłowali ratować mi życie.

Kiedy byłam dzieckiem, uważałam, że moja mama wygląda olśniewająco. Przypominała księżnę Dianę. Miewała jednak gwałtowne zmiany nastrojów. Dziś wiem, że cierpiała na chorobę dwubiegunową (inaczej psychozę maniakalno-depresyjną). Tata zostawił nas, kiedy miałam rok, więc musiałyśmy radzić sobie we dwie. Jako dziecko cały czas spędzałam z opiekunką, podczas gdy mama próbowała różnych kuracji, usiłując zapanować nad chorobą.

Jedna rzecz nie zmieniała się nigdy: mama miała obsesję na punkcie swojego wyglądu. Potrafiła całymi godzinami dobierać różne elementy stroju i robić sobie makijaż.

Kiedy miałam 12 lat, już zaczęłam się już martwić, że jestem za gruba, chociaż przy wzroście 165 cm ważyłam około 47,5 kilogramów. “Jesteś doskonała taka, jaka jesteś”, przekonywała mnie mama, ale ja jej nie wierzyłam. Co za ironia! Ona również mi nie wierzyła, kiedy prawiłam jej komplementy. Uważała, że ma nadwagę. Wiedziałam, że faszeruje się środkami przeczyszczającymi i pigułkami odchudzającymi, żeby utrzymać rozmiar 6 (34).

Mama prawie nie jadła, więc ja także przestałam jeść. Mama próbowała mnie zmusić do dobrego odżywiania, ale ja byłam zdeterminowana, a ona nie miała w sobie wystarczająco dużo siły, żeby pokonać mój upór. W efekcie nieco schudłam, ale jeszcze nie tyle, ile chciałam.

W miarę jak dorastałam, nauczyłam się, jak dostawać od mamy wszystko, czego chciałam – mama czuła się winna, że nie zawsze była przy mnie i ja to jej poczucie winy wykorzystywałam. Kiedy postanowiłam, że chcę stosować środki przeczyszczające tak jak ona, wiedziałam, co mam zrobić, żeby postawić na swoim.

Pewnego dnia, wieczorem, zaczęłam mówić w kółko o swojej nadwadze, a ważyłam wtedy zaledwie 44 kilogramy. “Jestem strasznie gruba”, powtarzałam wciąż od nowa. Zamęczałam mamę tak długo, aż sięgnęła do torebki i wręczyła mi dwie tabletki przeczyszczające.

Połknęłam je szybko, z poczuciem, że wygrałam – teraz to był nasz wspólny sekret. Skończyło się na tym, że wylądowałam w toalecie z okropnym bólem brzucha, ale poczułam się oczyszczona.

Od tej chwili, kiedy tylko mogłam, podbierałam mamie tabletki przeczyszczające z jej pokoju. Będąc pogrążona w depresji nawet nie próbowała ich przede mną chować.

Zaczęłam gwałtownie chudnąć, ale nikomu nie przyszło do głowy, że dzieje się ze mną coś złego. Mając 15 lat, przy wzroście 170 cm, mogłam nosić ubrania w rozmiarze 4 (32). Żywiłam się sałatą i sokiem z cytryny, i przyjmowałam dwie przeczyszczające tabletki dziennie.

W tym czasie odkryłam, że mama bierze też tabletki odchudzające wydawane na receptę – znalazłam je w jej kosmetyczce. Powiedziałam, że również chcę je zażywać. Początkowo nie chciała się na to zgodzić. Wtedy zaczęłam robić jej wyrzuty, że była dla mnie złą matką, że zostawiała mnie ciągle pod opieką niani, przez co czułam się nieszczęśliwa. Poczucie winy osłabiło jej opór i w końcu zaprowadziła mnie do prywatnego lekarza.

Chyba miała nadzieję, że lekarz nie przepisze mi tych pigułek, bo byłam jeszcze nastolatką. Ale ja urządziłam w gabinecie taką scenę – a przecież płaciłyśmy za wizytę – że lekarz w końcu się poddał i wypisał receptę.

Mama nigdy nie usiłowała mnie przekonać, żebym nie brała tych pigułek. Jakżeby mogła? Przecież sama nie potrafiła z nich zrezygnować.

Kiedy skończyłam szkołę, zapisałam się na studia aktorskie. Opuszczałam jednak zajęcia i skupiałam się głównie na tym, by zachować szczupłą figurę. Przyjaciele próbowali rozmawiać ze mną o moich kłopotach, ale ja byłam tak owładnięta chorobą, że nie chciałam ich słuchać.

Moje skromne posiłki, składające się z tuńczyka i sałaty, uzupełniałam środkami przeczyszczającymi: przyjmowałam od 80 do 120 tabletek dziennie, więc moja waga gwałtownie spadała. Mając 20 lat ważyłam 35 kilogramów. Mój rozmiar był mniejszy niż zero i miałam groźną dla życia niedowagę. Kiedy wspominam tamten okres, zdaje sobie sprawę, jak bardzo byłam chora – miałam cienkie, matowe włosy, tępe spojrzenie, w zasadzie nie opuszczałam domu. Tymczasem mama dzięki nowym lekom zaczęła wychodzić z depresji i bardziej trzeźwo oceniać sytuację. Próbowała mi pomóc, ale ja nie chciałam jej słuchać.

Mimo iż mama też cierpiała na zaburzenia związane z jedzeniem, nigdy nie doprowadziła się do stanu groźnej niedowagi. Ja poszłam znacznie dalej niż ona. Chcąc mnie zmusić do leczenia w specjalistycznej klinice mama zagroziła, że jeśli się na to nie zgodzę, ona doprowadzi do umieszczenia mnie w szpitalu psychiatrycznym.

Byłam wściekła, ale postanowiłam, że wykorzystam czas spędzony w klinice na obmyślanie nowych sposobów, dzięki którym jeszcze bardziej schudnę. Próbowałam wszywać obciążniki do szlafroka, tak aby był cięższy, kiedy będą mnie ważyć… Wyspecjalizowałam się w ukrywaniu jedzenia przed personelem szpitala. Tymczasem moje ciało domagało się rozpaczliwie pigułek odchudzających i przeczyszczających – bez nich czułam się osłabiona i poirytowana.

Mimo iż postanowiłam sobie, że nie będę jadła, po dziewięciu miesiącach podczas których byłam pod ścisłą kontrolą, ważyłam 44,5 kilograma i wypisano mnie do domu. Mama była bardzo zadowolona. Ja jednak nie mogłam sobie wybaczyć tego, że utyłam. Kiedy już wróciłam do domu, starałam się ukarać moje ciało, poddając je drakońskiej diecie – żywiłam się wyłącznie pieczarkami z mikrofalówki.

Wiedziałam, że mama wciąż bierze środki odchudzające i przeczyszczające, żeby nie przybrać na wadze. Kiedy więc próbowała ze mną rozmawiać, nie zwracałam na nią uwagi.

W końcu doszłam do takiego stanu, że już nie mogłam normalnie funkcjonować. Moje ciało odmawiało mi posłuszeństwa i całymi godzinami siedziałam bez ruchu w moim pokoju.

Nie pamiętam ostatnich kilku tygodni zanim zabrano mnie do szpitala psychiatrycznego. Wiem tylko, że została ze mnie skóra i kości i że nie byłam nawet w stanie chodzić. Mama zupełnie nie radziła sobie ze mną – nie wiedziała, co robić. Urzeczywistniła więc swoją dawną groźbę i wezwała rejonową pielęgniarkę psychiatryczną, żeby uzyskać dla mnie nakaz leczenia szpitalnego. Kiedy wynoszono mnie z domu, byłam zbyt słaba, aby stawiać fizyczny opór. Ale wciąż potrafiłam zranić mamę.

“Jak mogłaś mi to zrobić”, wrzeszczałam. “To twoja wina, że taka jestem”. Mama spuściła głowę, ale nie poddała się. Zabrano mnie do szpitala psychiatrycznego, ważyłam wtedy niecałe 32 kilogramy. Stwierdzono u mnie anoreksję. Lekarze powiedzieli, że będę mogła wyjść do domu dopiero wtedy, gdy będę ważyła 45 kilogramów.

Wieczorem zadzwoniłam do mamy i błagałam, żeby po mnie przyjechała i zabrała mnie stamtąd. Potem, za każdym razem, kiedy przyjeżdżała mnie odwiedzić, płakałam, że chcę wrócić do domu. Jednak tym razem mama była twarda. “Musisz wyzdrowieć”, powtarzała.

Początkowo pielęgniarki karmiły mnie przez sondę. Potem stopniowo wprowadzały stały pokarm i pilnowały mnie, kiedy jadłam posiłek w moim pokoju. Jedzenie w ogólnej jadalni było przywilejem, na który trzeba było zasłużyć. W końcu jednak nauczyłam się jeść normalnie i nie patrzeć na jedzenie jak na wroga.

Po siedmiu miesiącach mama przyjechała mnie odwiedzić. Właśnie przekroczyłam granicę 45 kilogramów. “Mogę wrócić do domu”, zawołałam.

Mama potrząsnęła głową. “Nie, nie możesz – powiedziała ze smutkiem. – Jeśli znów będziesz mieszkać ze mną, wrócą wszystkie twoje dawne nawyki i problemy”. Oczywiście miała rację. Ale bolało mnie, że mnie odtrąciła. “To przez ciebie jestem chora”, wyrzuciłam z siebie, kiedy odchodziła.

Zostałam w szpitalu jeszcze przez kilka tygodni. Mama przychodziła mnie odwiedzić, ale ja nie chciałam z nią rozmawiać. Kiedy ważyłam już 48 kilogramów, pozwolono mi opuścić szpital pod warunkiem, że będę się regularnie zgłaszać na badania kontrolne, żeby mieć pewność, że cały czas zmierzam w kierunku właściwej wagi. Wynajęłam małe mieszkanko i zaczęłam od nowa budować swoje życie. Bardzo chciałam wyzdrowieć i wrócić na studia.

Powoli uświadamiałam sobie, że nie mogę nikogo obciążać odpowiedzialnością za moją chorobę. Ani czekać, aż inni rozwiążą za mnie moje problemy. Zaczęłam regularnie odwiedzać psychiatrę i skupiłam się na tym, żeby wyzdrowieć. Brakowało mi tylko jednego – mamy.

Po sześciu miesiącach zadzwoniłam do niej. “Dzięki – powiedziałam. – Uratowałaś mi życie”. Zaczęłyśmy odbudowywać nasze wzajemne relacje.

Dziś, po roku od wyjścia ze szpitala, mam prawidłową wagę 60 kilogramów, noszę rozmiar 10 (38), mam zdrowe podejście do jedzenia. Nie istnieje żadna cudowna kuracja, dzięki której można wyzdrowieć z dnia na dzień, ale jestem na dobrej drodze. Moje kontakty z mamą wciąż nie przypominają normalnych relacji między matką i córką. Przeszłyśmy razem bardzo trudne chwile. Wiem, że ona nadal ma obsesję na punkcie swojej wagi. Mam nadzieję, że kiedyś jej to przejdzie.

Często rozmawiamy przez telefon, widujemy się kilka razy w tygodniu. Nie obwiniam jej już o to, że zachorowałam. Jestem jej wdzięczna za to, że uratowała mi życie.

Opowieść matki

– Nigdy nie zapomnę tej chwili, gdy pielęgniarze zabierali moją ukochaną córkę do szpitala psychiatrycznego, a ona rozpaczliwie krzyczała. Szczerze mówiąc, niezależnie od tego, jak bardzo Natasza była na mnie wściekła, ja sama byłam znacznie bardziej wściekła na siebie. Moja śliczna, pełna życia córeczka wyglądała jak szkielet i umierała na moich oczach, i to wszystko z mojej winy.

Moja córka miała problemy, bo ja dałam jej zły przykład. Jako jej matka powinnam być bardziej stanowcza i częściej mówić “nie”. Ale ja nie zawsze potrafiłam postępować tak, jak wymagało tego jej dobro. Kiedy prosiła mnie o środki przeczyszczające, powinnam była odmówić, ale tego nie zrobiłam. Trzy lata później również nie powiedziałam “nie”, kiedy oznajmiła, że chce brać pigułki odchudzające. Być może gdybym to zrobiła, wszystko potoczyłoby się inaczej.

Moje własne problemy z wagą zaczęły się, kiedy byłam w ciąży z Nataszą. Przytyłam wtedy 19 kilogramów i ważyłam 70 kilogramów. Za każdym razem, gdy patrzyłam na siebie w lustrze, wpadałam w panikę. Robiło mi się niedobrze na widok mojej nabrzmiałej twarzy i opuchniętych kostek.

Kiedy urodziła się Natasza, chwytałam się wszystkich sposobów, które pozwoliłyby mi schudnąć. Nie miałam czasu na stosowanie diet, znalazłam więc szybki sposób przy użyciu pigułek i środków przeczyszczających. I chociaż czułam się po nich fatalnie, miałam wrażenie, że dzięki nim panuję nad sytuacją.

Jednak mimo iż udało mi się schudnąć, chociaż miałam zadowolone, pełne energii dziecko, którym musiałam się zajmować, coś było ze mną nie w porządku. Miewałam gwałtowne zmiany nastrojów, od euforii po obezwładniające uczucie przygnębienia.

Kiedy Natasza miała pięć lat, zdiagnozowano u mnie chorobę dwubiegunową. Chociaż pogodziłam się jakoś z tą diagnozą, to z trudem odnajdywałam się w roli matki. Popełniłam kilka poważnych błędów. Kiedy Natasza dorastała, mogłam jedynie przyglądać się, jak przejmuje ode mnie wszystkie złe nawyki. Powinnam była dać jej lepszy przykład, ale zbytnio pochłaniały mnie moje własne obsesje.

Kiedy wspominam ten okres, zdaję sobie sprawę, że nie myślałam wtedy racjonalnie. W wieku 15 lat Natasza zaczęła się domagać pigułek odchudzających. Pokłóciłyśmy się strasznie i ona od razu wytknęła mi, że jestem hipokrytką – sama łykałam te pigułki, jakby to były miętówki.

Naprawdę spodziewałam się, że lekarz wytłumaczy jej, jak głupio postępuje, ale on przepisał jej leki. Jako jej matka nie powinnam była do tego dopuścić. Tyle że to by oznaczało, że sama też powinnam zrezygnować z tych pigułek, a nie czułam się na siłach, by to zrobić.

W moim nafaszerowanym lekami umyśle byłam przekonana, że panuję nad sytuacją. Brałam te środki i czułam się bardzo dobrze, więc w czym problem? To brzmi jak wymówka, ale ja naprawdę nie bardzo wiedziałam, co robię.

Kiedy wreszcie poczułam się silniejsza, zaczęłam przyjmować skuteczniejsze leki na moją chorobę dwubiegunową i chodzić na terapię, uświadomiłam sobie, że muszę pomóc Nataszy. Była tak słaba, że nie mogła się nawet ruszać. “To przeze mnie jest taka”, płakałam każdej nocy. Ta myśl mnie prześladowała, wyrzucałam sobie, że nie postępowałam z nią inaczej.

Środki przeczyszczające i pigułki stanowiły już istotną część mojego życia, ale Natasza musiała się z tego wydostać. I moim zadaniem było jej w tym pomóc. Kiedy trafiła do szpitala, poruszała się na wózku i była karmiona przez sondę.

Serce mi się krajało, gdy błagała mnie, bym zabrała ją do domu. Po raz pierwszy musiałam nauczyć się mówić “nie”. Po siedmiu miesiącach Natasza była już silniejsza, ale wiedziałam, że nie mogę jej pozwolić na powrót do domu. Nadszedł czas, bym była dla niej taką matką, na jaką zasługiwała.

Tamtego dnia Natasza była załamana, ale ja nie mogłam zgodzić się na nasze życie pod jednym dachem. Musiałam ratować jej życie. Kiedy patrzę na nią teraz, jestem taka dumna z tego, co osiągnęła. Studiuje w szkole aktorskiej i świetnie jej idzie.

Dzięki skutecznym lekom moja choroba dwubiegunowa jest już pod kontrolą. Teraz bardzo staram się ograniczyć ilość zażywanych pigułek odchudzających, ale wciąż je przyjmuję. Zadręczałam się, wiedząc, że to ja jestem odpowiedzialna za problemy Nataszy, ale ona o nic mnie nie obwinia. “Sama byłaś wtedy chora, mamo”, mówi.

A jednak wciąż mam do siebie żal; żałuję, że nie postępowałam inaczej. Jestem pełna podziwu dla Nataszy, widzę jaka jest silna. W końcu stała się pewną siebie, piękną kobietą, taką, jaką zawsze chciała być. Mam nadzieję, że z jej pomocą mnie też uda się osiągnąć ten cel.

Opinia eksperta

Susan Ringwood, szefowa organizacji charytatywnej B-eat, zajmującej się zaburzeniami łaknienia twierdzi, że w niektórych rodzinach anoreksja przechodzi z pokolenia na pokolenie. – Chociaż sama choroba nie jest dziedziczna w ścisłym znaczeniu tego słowa, to jednak można odziedziczyć pewną podatność, która zwiększa prawdopodobieństwo zachorowania. Dla przykładu, zakłócenia równowagi chemicznej w mózgu mogą powodować depresję, a ta z kolei może prowadzić do problemów psychicznych związanych z jedzeniem – wyjaśnia specjalistka.

Poza tym córki chętnie naśladują zachowania swoich matek. Jeśli matka wygłasza krytyczne uwagi pod swoim adresem, jest bardzo prawdopodobne, że będzie to miało negatywny wpływ na samoocenę córki.

źródło: Alice Wright, News of The World
Powiadom znajomego
  1. (wymagane)
  2. (prawidłowy adres email wymagany)
  3. (wymagane)
  4. (prawidłowy adres email wymagany)
 

cforms contact form by delicious:days

Powiązane Artykuły:

Zostaw swój komentarz

You must be logged in to post a comment.

Kategorie

Chmurka Tagów

Publikuj już dziś!

Publikuj swój artykuł a otrzymasz ZAŚWIADCZENIE!
*Przeczytaj więcej»
*Publikuj»

Administracja