PoradnikPR.info

PoradnikPR.info

Poradnik pedagogiczno - resocjalizacyjny

 
 
 
 

Zbrodnia z namiętności - gwałty na gruzach

Trzy krótkie sygnały oznaczają: “Zostałam zaatakowana”. Jeden długi: “Znalazłam kobietę, która została zgwałcona i potrzebuje natychmiastowej pomocy”.

Gwizdek to na razie jedyna broń, jaką dysponują Haitanki w walce z falą seksualnej przemocy w ich kraju.

Halya Lagunesse myślała, że wie, co to rozpacz. Prawie siedem lat temu ta haitańska kobieta i jej córka Joanna, wówczas siedemnastoletnia, zostały wielokrotnie zgwałcone przez żołnierzy, którzy wcześniej zabili męża Halyi.

Ale nawet tamta tragedia blaknie w porównaniu z cierpieniem, jakiego Lagunesse doświadczyła w marcu zeszłego roku na wieść o tym, że ofiarą gwałtu padła jej pięcioletnia wnuczka.

Napastnik dał dziewczynce 50 centów i wysłał ją po ryż. Kiedy wróciła, zaciągnął ją na cmentarz. – Jak to się mogło stać? Jak? – rozpacza 50-letnia Lagunesse. – Ta cała sytuacja sprawia, że ci ludzie są chorzy – mówi. – Ich serca są złe.

Nieszczęście, jakie spotkało Lagunesse, jest podwójne. Jej zgwałcona wnuczka, dziś sześcioletnia, sama została poczęta w wyniku gwałtu.

Jeszcze pięć lat temu gwałt nie był na Haiti zaliczany do ciężkich przestępstw.

Na zmianę kwalifikacji prawnej tego czynu naciskały kobiety. Te same, które zakładały pierwsze w kraju schroniska dla ofiar seksualnej przemocy. Domagały się również, by ojcowie mieli prawny obowiązek uznania swoich dzieci i łożenia na ich utrzymanie. I chociaż kobiety stanowią najbiedniejszą część jednego z najbiedniejszych społeczeństw na naszej półkuli, dzięki pracy grupy feministycznych działaczek sytuacja powoli zaczęła zmieniać się na lepsze. Aż do 12 stycznia 2010 roku.

Potężne trzęsienie ziemi, które nawiedziło Haiti, zabiło setki tysięcy osób, obróciło w gruzy stolicę państwa i skazało ponad milion ludzi na życie w zatłoczonych, prowizorycznych obozach. Zniszczyło również silny i zaskakująco skuteczny ruch kobiecy, który teraz – rok po tragedii – podobnie jak cały naród próbuje stanąć na nogi.

Straty są ogromne. Magalie Marcelin, niezmordowana działaczka z czarującym uśmiechem obnażającym przerwę między zębami, która założyła jedną z najważniejszych haitańskich organizacji broniących praw kobiet, Kay Fanm. Śmierć zaskoczyła ją w trakcie rozmowy z młodszą koleżanką, początkującą feministką.

Myriam Merlet, serdeczna, bezpośrednia i niezwykle skuteczna, czy to na stanowisku w ministerstwie ds. kobiet, które pomagała stworzyć, czy lobbując na rzecz prawa dotyczącego gwałtu, które pomagała opracować. Zginęła w domu, przygnieciona tonami betonu.

Było ich dużo więcej, bardziej i mniej znanych: położne, pielęgniarki i profesorki, wiejskie liderki i państwowe urzędniczki; wszystkie pracowały na rzecz kobiet. Wszystkie zginęły.

– To ogromna strata – przyznaje jedna z działaczek, Danielle Saint-Lot. – Cały czas je opłakujemy.

Młodzi mężczyźni od jakiegoś czasu śledzili Fanię Simone. Upatrzyli ją sobie na ofiarę. Poszli do jej namiotu. Musieli wiedzieć, że będzie sama – jej matka wyjechała na wieś, żeby zdobyć coś do jedzenia. Było ich trzech. Na twarzach mieli maski. Rzucili Fanię na ziemię. Kopali w żebra i bili po twarzy. – Jeśli komuś o tym powiesz, zabijemy twojego brata i siostrę – groził jeden z napastników.

Po gwałcie 23-letnia Simone szukała pomocy lekarza. Zaopiekowała się nią organizacja Kofaviv, zajmująca się pomaganiem ofiarom przemocy seksualnej, i zapewniła jej pomoc psychologa.

Jednak Fania cały czas mieszka w brezentowym namiocie, w pobliżu którego kręcą się jej prześladowcy, mrucząc groźby pod jej adresem. – Nie czuję się tu bezpiecznie – mówi Simone. – Ale nie mam dokąd iść. Jestem przerażona.

Gwałty są plagą Haiti od dłuższego czasu. W niespokojnych latach 1994 i 2004, kiedy po władzę sięgali wojskowi dyktatorzy i ich brutalne gangi, gwałt traktowano jako formę politycznych represji. Mężczyźni, którzy sprzeciwiali się reżimowi, byli porywani i zabijani, kobiety gwałcone. Całe pokolenie Haitańczyków pełne jest dzieci, które urodziły się w wyniku gwałtu.

Trzęsienie ziemi pociągnęło za sobą nową falę seksualnej przemocy. Zgwałcono setki, może tysiące kobiet – dokładne statystyki nie są znane. Coraz częściej nie są to przypadkowe wybuchy przemocy, ale dobrze zaplanowane i przeprowadzone ataki.

Tylko kilka z około 1300 obozów namiotowych, które rozciągają się na obszarze zrujnowanej stolicy, ma nocne oświetlenie lub wystarczającą ochronę policji. Namioty nie mają drzwi ani zamków. Ludzie mieszkają w nieludzkim tłoku, bez jakiejkolwiek prywatności.

Więzi społeczne i rodzinne zostały zerwane przez śmierć i emigrację; dzieci często przebywają same, bez żadnego nadzoru, ponieważ ich rodzice spędzają całe dnie, próbując zdobyć pożywienie i środki utrzymania. Instytucje i służby, które przed trzęsieniem ziemi zapewniały jako taki porządek, są w rozsypce.

Dla niewykształconych, bezrobotnych mężczyzn zasiedlających obozy młode kobiety stają się łatwymi ofiarami. Wielu napastników nie ma nic do roboty; często są pod wpływem narkotyków. Kobiety traktują jak zwierzynę łowną. Zdarza się, że kierownictwo obozów, złożone głównie z mężczyzn, żąda od kobiet usług seksualnych w zamian za miejsce w namiocie, żywność czy materiały budowlane. Działaczki organizacji pozarządowych już przygotowują się na wzrost liczby ciąż wśród nastolatek i zachorowań na HIV i AIDS, zarówno z powodu gwałtów, jak i seksu bez zabezpieczeń – kliniki, które zajmowały się promowaniem i wydzielaniem środków antykoncepcyjnych również zostały zniszczone. ONZ szacuje, że w Port-au-Prince potrzebnych jest przynajmniej 1000 klinik położniczych. Obecnie działa dziesięć.

– Już pierwszego dnia po trzęsieniu ziemi zaczęliśmy dostawać doniesienia o gwałtach – mówi Jocie Philistin, jedna z kobiet prowadzących Kofaviv. – Na początku myślałyśmy: to nie może być prawda. Niestety, to właśnie była prawda.


– Wiem, że nosicie wiadra z wodą, ale to nie wystarczy. Musicie wzmocnić ramiona! – Murielle Dorismond, jedna z czołowych haitańskich zawodniczek judo, prowadzi warsztaty samoobrony dla kobiet z obozów. Silne mięśnie i pewność siebie to dwa najważniejsze narzędzia, w które stara się wyposażyć uczestniczki kursu.Problemem przemocy zajmuje się kilka organizacji kobiecych, zarówno lokalnych, jak i międzynarodowych. Połączyły one siły, by zorganizować warsztaty samoobrony, poradnictwo psychologiczne i prawne. Organizacja Kofaviv, która w trzęsieniu ziemi straciła około 10 proc. swoich członkiń oraz siedzibę, wysyła do obozów swoje “agentki”. Mają dotrzeć do kobiet, które zostały zgwałcone. Codziennie udaje im się pomóc średnio dwóm ofiarom (wszyscy zgodnie podkreślają, że jest to zaledwie wierzchołek góry lodowej).

Organizacje pomocowe rozdają też kobietom gwizdki i uczą je, jak ich używać.

Trzy krótkie gwizdy oznaczają: “Zostałam zaatakowana”. Jeden długi: “Znalazłam kogoś, kto został zgwałcony i potrzebuje natychmiastowej pomocy”.

Przed 2005 rokiem gwałt uznawany był za “plamę na honorze”, albo “zbrodnię z namiętności”, co w praktyce oznaczało, że traktowany był jako lekkie wykroczenie, a jego sprawca mógł zachować wolność pod warunkiem, że zgodził się poślubić swoją ofiarę. Dopiero później gwałt uznano za poważne przestępstwo, zagrożone karą, a ofiara uzyskała prawo do nieodpłatnej pomocy medycznej w każdej placówce, nie tylko w państwowym szpitalu.

Mimo to ofiary cały czas podlegają stygmatyzacji, a sprawcy rzadko zostają schwytani i ukarani. Jedna z założycielek organizacji Kofaviv, Malya Villard-Appolon wspomina, jak poszła na komisariat złożyć zawiadomienie o gwałcie, którego ofiarą była jej 14-letnia córka. Policjanci obrzucili dziewczynę lubieżnymi spojrzeniami. Jeden z nich powiedział, że wszystkiemu winne są “napalone dziewczyny”.

– Niektórzy z tych mężczyzn mają mentalność z poprzedniej epoki – potwierdza Valerie Toureau, lekarka, która pracuje z kobietami z terenów wiejskich. – Kobieta jest dla nich przedmiotem, ich własnością. Staraliśmy się to zmienić, ale nasze wysiłki poszły na marne.

Kapłanki voodoo uderzają w bębny i zapalają świeczki, wymawiając kolejne imiona: Magalie… Myriam…

– To były prawdziwe bojowniczki – mówi Philistin, jedna z działaczek. – Znały je wszystkie Haitanki. Poświęciły swoje życie, żeby walczyć o naszą sprawę.

Podczas uroczystości poświęconej ich pamięci, w pierwszą rocznicę trzęsienia ziemi, nad prowizoryczną sceną zawisły wielkie zdjęcia Magalie Marcelin, Myriam Merlet i innych działaczek. Marcelin i Merlet z wykształcenia były prawniczkami, ale wybrały pracę na ulicy, w domach i biurach rządowych.

Merlet spisywała też historie Haitanek i domagała się, by najsłynniejsze z nich miały ulice swojego imienia. Z kolei Marcelin któregoś razu zebrała w sądzie tłum wściekłych kobiet, żeby wymóc ukaranie mężczyzny oskarżonego o znęcanie się nad żoną, którego przed wyrokiem chroniły koneksje wśród polityków. Obie sprzeciwiały się brutalnej dyktaturze Jean-Claude’a Duvaliera i spędziły jakiś czas na wygnaniu lub w ukryciu. – Codziennie staramy się jakoś je zastąpić – mówi Yolette Mengual, szefowa ministerstwa ds. kobiet.– Na razie nam się nie udaje. Ale musimy walczyć.

źródło:Tracy Wilkinson , http://wiadomosci.onet.pl/kiosk/swiat/gwalty-wsrod-gruzow,3,4186754,kiosk-wiadomosc.html
Powiadom znajomego
  1. (wymagane)
  2. (prawidłowy adres email wymagany)
  3. (wymagane)
  4. (prawidłowy adres email wymagany)
 

cforms contact form by delicious:days

Powiązane Artykuły:

Zostaw swój komentarz

You must be logged in to post a comment.

Kategorie

Chmurka Tagów

Publikuj już dziś!

Publikuj swój artykuł a otrzymasz ZAŚWIADCZENIE!
*Przeczytaj więcej»
*Publikuj»

Administracja