PoradnikPR.info

PoradnikPR.info

Poradnik pedagogiczno - resocjalizacyjny

 
 
 
 

Menedżer nie wkłada papierowego kapelusza i nie wdrapuje się na krzesło, bo ktoś mu kazał !

Autorzy nowego projektu badawczego szukają odpowiedzi na pytanie, jak to się dzieje, że niektórzy ludzie niezależnie od sytuacji kierują się głównie własnym systemem wartości.

W filmie Doris Dörrie pod tytułem “Mężczyźni” z 1985 roku są sceny, które zyskały sporą sławę. W jednej z nich Stefan chciałby dowiedzieć się od menedżera Juliusa Armbrusta, jak zostaje się kimś takim jak on. Ten wręcza mu kawałek gazety. – Złóż ją tak, żeby powstał kapelusz – poleca. – Teraz włóż go na głowę! Wejdź na krzesło! Stefan ociąga się, wszystko to wydaje mu się głupie, kiedy jednak Armbrust przekonuje go, że on sam również musiał przejść ów test, i pyta prowokacyjnie: – Nie ufasz mi?, chcąc nie chcąc, godzi się wypełnić jego nakazy. Kiedy tak stoi jak cymbał, słyszy: – Menedżer nie wkłada papierowego kapelusza i nie wdrapuje się na krzesło, bo ktoś mu kazał. Nie zdałeś.

Wniosek z owej sceny jest taki: osoba na kierowniczym stanowisku nie powinna ulegać wpływom, lecz podejmować decyzje w sposób autonomiczny. Postawa, która w filmie “Mężczyźni” pokazana jest w zabawny sposób, a w języku potocznym określana bywa jako “chorągiewka na wietrze”, prowadzi często do scen pełnych przemocy. Historycznym przykładem ciążącym na Niemcach są masakry z czasów II wojny światowej. Dokonywali ich – jak mówi historyk Christopher Browning – “całkiem normalni ludzie”, zabijając setki bezbronnych osób. Dlaczego odkomenderowanym do morderstw na wschodzie członkom batalionu policyjnego 101 nie przyszło nigdy do głowy, by sprzeciwić się wykonaniu rozkazu, choć mogli to zrobić, nie ryzykując swojego życia?

A z drugiej strony – dlaczego istnieli ludzie, którzy pomagali ofiarom nazistowskiego reżimu, chociaż tak naprawdę byli całkowicie apolityczni? Co sprawiało, że wbrew niesprzyjającym czasom postępowali zgodnie z własnym sumieniem? Na tym właśnie polega zjawisko “autonomii”, które w ramach projektu finansowanego przez Fundację Volkswagena bada obecnie zespół naukowców.

Na miejsce spotkania wyznaczono Instytut Kulturalno-Naukowy w Essen. Reporterka chciałaby oczywiście dowiedzieć się od ekspertów, co sądzą o teście na menedżera z filmu Doris Dörrie, najpierw jednak trzeba przedstawić uczonych. Obecni są: historyk i psycholog społeczny z Essen Harald Welzer, specjalizujący się w tak zwanych badaniach sprawców; neurobiolog Christoph Hermann z uniwersytetu w Oldenburgu; berliński filozof Michael Paten, a także dwaj pracownicy esseńskiego laboratorium doświadczalnego.

Jeśli autonomia objawia się również w zdolności do zwalczenia chęci autoprezentacji i oddania głosu innym, to wszyscy obecni posiedli ją w najwyższym stopniu. Niewymuszony dyskurs, o jakim marzył Jürgen Habermas, choć sam nie stosował się do własnych zaleceń, tu właśnie jest praktykowany. Łatwo jednak stwierdzić, że prowadzenie rozmowy wcale nie staje się przez to łatwiejsze.

W Essen pracuje się psychologicznie. Na uniwersytetach w całych Niemczech rozdano ankiety, na które odpowiedziało 1313 studentów różnych kierunków. Najpierw chodziło o to, by za pomocą postawionych nie wprost pytań dowiedzieć się, czy ludzie uważają samych siebie za osoby działające autonomicznie, czy też konformistycznie. A dokładniej mówiąc – studenci, nie wiedząc o tym, sporządzili swój profil psychologiczny w oparciu o następujące kryteria: pewność siebie, lękliwość w kontaktach społecznych, poczucie własnej wartości, samodzielność, niezależność. Na końcu wyszukiwano osoby określone przez badaczy mianem “highs” i “lows”, czyli takie, które uważały się za bardzo niezależne i takie, które nie przypisywały sobie zbyt wielkiej samodzielności. Teraz należało znaleźć odpowiedź na pytanie: czy owi studenci reagują rzeczywiście w sposób zgodny z wyobrażeniami na swój temat?

Do Essen zaproszono 56 z nich. Podzielono ich na kilka grup. Jeden z eksperymentów polegał na tym, że otrzymali do przeczytania artykuł z gazety, przy czym jednej grupie powiedziano, że jego autorem jest dziennikarz “Focusa”, drugiej zaś, że to dzieło niepodważalnej dziś w Niemczech wyroczni politycznej: Helmuta Schmidta. Teza tekstu brzmiała: ludzie biedni sami są odpowiedzialni za własny los i nie powinni być na garnuszku całego społeczeństwa. Czy studentom łatwiej przyjdzie zaakceptować wnioski Schmidta niż dziennikarza?

Okazało się, że autorytet cenionego polityka nie wywarł większego wpływu ani na “highs”, ani na “lows”. Akceptacja dla tezy autora w każdej z grup rozkładała się równo po obu stronach. Oznaczałoby to, że ktoś, kto uważa się za konformistę, wcale nie musi być mniej pewny siebie niż pozostali. Pozostałe doświadczenia przyniosły podobny rezultat: to, co człowiek myśli o sobie samym, nie ma wpływu na jego zachowanie. Psycholodzy z Essen wywiedli stąd wniosek, że o tym, czy człowiek samodzielnie podejmuje decyzje, nie przesądza jego charakter, pochodzenie, wiedza czy doświadczenia życiowe. Naukowcy przypuszczają, że wszystkie nasze decyzje podejmowane są znacznie bardziej spontanicznie, niż uważamy to za możliwe.

Człowiek jest zdolny do wielu rzeczy, a większość ludzi zdolna jest prawdopodobnie do wszystkiego – to tylko kwestia okoliczności, w jakich się akurat znaleźli. Niemal żadnemu z nazistowskich sprawców wcześniej nawet nie przyśniłoby się, że mają zadatki na masowych morderców.

Do jakiego stopnia człowiek jest zwierzęciem stadnym, potwierdza eksperyment, dzięki któremu Amerykanin Solomon Asch w 1951 roku zdobył sławę. Pokazał on grupie ochotników narysowaną linię, a obok niej trzy inne o zupełnie różnej długości. Zadaniem badanych było odpowiedzieć na pytanie, która z owych trzech linii ma taka samą długość jak pierwsza. W rzeczywistości próbie poddawana była tylko jedna osoba w grupie, pozostałe grono stanowili wtajemniczeni w sprawę współpracownicy, którzy specjalnie podawali złe odpowiedzi. Prawie każdy z badanych wpadł w tę pułapkę: twierdził to samo, co cała grupa.

Asch przeprowadził jedynie niewinny eksperyment. Psycholodzy jednak zgadzają się, że im większa niepewność, im bardziej niecodzienna sytuacja, tym bardziej ludzie kierują się tym, co robi grupa, od której są zależni.

Harald Welzer w 2005 roku wydał książkę zatytułowaną “Jak zupełnie normalni ludzie stają się masowymi zabójcami”. Zjawisko zaobserwowane przez Ascha odniósł w niej do członków batalionu 101 – policjanci, którzy jeszcze poprzedniego dnia pełnili służbę w Hamburgu i wieczorami wracali do swoich rodzin, krótko po wybuchu wojny w 1939 roku znaleźli się nagle w czysto męskim towarzystwie, w Polsce, gdzie roiło się od “wrogów”. Jedynymi punktami odniesienia byli przełożeni i koledzy.

W takiej sytuacji – twierdzi Welzer – większość zaczyna dopasowywać się do otoczenia, aby nie zginąć. Policjant zaczyna zabijać ludzi, tak samo jak w swoim kraju doprowadzał na posterunek zagubione dzieci. Trzeba nieco czasu, by człowiek przyzwyczaił się do tego, co jest w stanie uczynić. W 1941 roku policjanci pilnowali jedynie, by załadowanie Żydów do wagonów jadących w kierunku obozów koncentracyjnych odbyło się sprawnie i gładko, rok później batalion 101 był już odziałem morderców.

Kiedy na koniec uczestnicy eksperymentu Solomona Ascha zostali poinformowani o sensie i celu tej próby, niektórzy z nich wyznali: tak, wiedzieli, że podawali niekiedy nieprawdziwe odpowiedzi, ale ze względu na resztę grupy nie upierali się przy własnym zdaniu. Inni powiedzieli jednak, że uroili sobie, iż odpowiadają poprawnie. Jak to? Czy ochotnicy rzeczywiście uwierzyli w to, że dwie linie o kompletnie różnej długości są takie same? Jak to w ogóle możliwe?

Tego chciał się dowiedzieć badacz mózgu Christoph Hermann, przeprowadzając doświadczenia w swoim laboratorium w Oldenburgu. Pomieszczenie to jest niewielkie, znajduje się tam jedynie monitor, mały pulpit z dwoma guzikami i fotel. W kącie stoi stolik, a na nim opakowanie jednorazowych chusteczek. – Do wycierania krwi – wyjaśnia przesadnie rzeczowym tonem Hermann. – Nie, nie – dodaje szybko. – Po prostu środek, którymi przykleja się elektrody do hełmu wkładanego przez ochotników, jest dość lepki.

Elektrody mierzą stan pobudzenia w różnych rejonach mózgu. Zadaniem osoby poddawanej badaniu jest wyznaczyć punkt na środku monitora, z którego prawej i lewej strony obrazy pikselowe mają więcej lub mniej czarnych miejsc. Nie patrząc na nie bezpośrednio, ochotnik musi szybko zasygnalizować przez naciśnięcie guzika, po której stronie czarnych miejsc jest więcej.

Co ciekawe, mózg reaguje na piksele, zanim jeszcze króliki doświadczalne Hermanna zdążą wyrobić sobie opinię. Strona, po której widać więcej czarnych miejsc, a więc tam, gdzie stan pobudzenia jest najwyższy, stymuluje w nieco większym stopniu odpowiednie rejony mózgu. Ponieważ obrazy zmieniają się zbyt szybko, nie jest to wyzwanie natury sportowo-intelektualnej. Tutaj mózg myśli sam, a jego właściciel ma niewiele do dodania. Świadomość królika doświadczalnego, zwanego człowiekiem, który podejmuje samodzielne decyzje, rejestruje jedynie fakt, że coraz bardziej bezładnie zaczyna on przyciskać guziki i czuje się nieco głupio.

Potem wraz migającymi pikselami na monitorze pojawiają się, raz z prawej, raz z lewej strony, rysunki ludzkich głów. Badanym wyjaśnia się, że jest to schematyczne przedstawienie zdania innych osób, które wcześniej brały udział w tym eksperymencie. Jako że człowiek praktycznie i tak nie wie, co robi, pokusa, by przyłączyć się do zdania większości jest silna, to zupełnie jasne. Ale nie o to chodzi w owym doświadczeniu – zespół Hermanna zbadał, że umysł reaguje już na sam wizerunek twarzy. Zaktywizowane zostają odpowiednie części mózgu i stosownie do tego badana osoba ma skłonność do uznania kolejnego obrazu pikseli za ciemniejszy po tej stronie, gdzie pojawiła się głowa.

Samo w sobie nie byłoby to niczym dziwnym: skoro mózg reaguje na tego rodzaju bodźce, mogłoby to być cokolwiek, na przykład jajko z oczami i ustami. Sedno sprawy polega na tym, że u wielu ochotników działa to tak, jak opisano, ale bynajmniej nie u wszystkich. Niektórzy nie zwracają na wizerunki twarzy najmniejszej uwagi.

Czy są to ci sami ludzie, którzy choćby ze względu na kondycję swojego mózgu podczas II wojny byli w stanie ukryć u siebie na strychu Żyda albo komunistę? Czy autonomię w myśleniu i działaniu da się sprowadzić do faktu, że niektóre umysły potrafią po prostu wyłączyć określone bodźce? Kiedy amerykańska 11. brygada piechoty w 1968 roku została wypuszczona na bezbronnych mieszkańców wietnamskiej wioski My Lai i żołnierze oddali się szałowi zabijania, znalazł się tylko jeden, który zażądał powstrzymania masakry: pilot śmigłowca Hugh Thompson. Zagroził swoim kolegom, że jeśli natychmiast nie przestaną, zastrzeli ich wszystkich z pokładu swego śmigłowca. Jak wypadłby on w eksperymencie Christopha Herrmanna?

Specjaliści z dziedziny biologii ewolucyjnej, jak Richard Dawkins i Edward O. Wilson, próbują zastosować teorie genetyczne w odniesieniu do systemów społecznych. Gdyby genetyczne predyspozycje były decydujące, można byłoby sobie oszczędzić dyskusji na temat autonomii i wolnej woli. Każdy morderca zaś mógłby się tłumaczyć: to nie ja zrobiłem, to moje geny.

Inicjatorzy esseńskiego projektu nie sądzą, by geny odgrywały tu jakąś większą rolę. Dlatego uczestniczy w nim również filozof Michael Pauen. (…) – Duże znaczenie ma język – mówi Paten. – I powiązane z nim słyszenie i widzenie.

Co dziwaczny test postrzegania mówi o ludzkiej naturze? Czy potwierdzone zostały wnioski z wcześniejszych eksperymentów, że człowiek reaguje tak, jak każe mu sytuacja, i jest zależny od grupy, do której należy? Tu powstaje dylemat. I nasuwa się naturalnie pytanie, czy od ludzi można rzeczywiście wymagać tak wielkiej własnej odpowiedzialności, jak żąda tego od nich polityka. (…)

Jeszcze przez rok badacze pracować będą nad swoim projektem. Do testu na menedżera z filmu Doris Dörrie nie przywiązują żadnej wagi. Jeden z nich mówi: – E, menedżerowie bardziej niż inni dopasowują się do zastanej sytuacji, na uniwersytecie studentów zarządzania można rozpoznać na pierwszy rzut oka po ich grzecznym wyglądzie.

Inny dodaje: – Naśladowanie innych ludzi może być też działaniem ze wszech miar sensownym.

Na tym właśnie polega problem: w dzisiejszym systemie społecznym niezależność nie jest towarem zbytnio poszukiwanym.

źródło: Franziska Augstein, http://www.sueddeutsche.de/
Powiadom znajomego
  1. (wymagane)
  2. (prawidłowy adres email wymagany)
  3. (wymagane)
  4. (prawidłowy adres email wymagany)
 

cforms contact form by delicious:days

Powiązane Artykuły:

Zostaw swój komentarz

You must be logged in to post a comment.

Kategorie

Chmurka Tagów

Publikuj już dziś!

Publikuj swój artykuł a otrzymasz ZAŚWIADCZENIE!
*Przeczytaj więcej»
*Publikuj»

Administracja